Tam, gdzie czas się zatrzymał

Gdy mowa o głównych atrakcjach turystycznych, wyobrażamy sobie piękne miejsce, w którym roi się od turystów, a wszystkie drogi prowadzące do niego są oznakowane ogromnym drogowskazem. Prokosko w tym rozumieniu stanowi wyjątek, a właściwie to cała Bośnia nim jest.

IMG_2012

Pierwszą samochodową wycieczkę planujemy na trzeci dzień naszego pobytu w Sarajewie. Pierwsza niespodzianka trafia się nam już na starcie. Na przystanku nie ma rozkładów jazdy autobusów, a po auto musimy być o 8 na lotnisku. Podana w necie godzina odjazdu już dawno minęła, a czas nas goni… tik tak. Szukamy drogi tramwajem… tik tak. Nic nie przyjeżdża, co w jakikolwiek sposób dowiozło by chociaż do połowy drogi. Tik tak… po 5 min udało się złapać Taxi. Liczymy zapłacić jakieś 3 razy więcej niż za busa, ale… o dziwo- płacimy jeszcze mniej niż za autobus! Wypożyczamy Suzuki Swifta za kwotę 510 KM czyli najtańszy pojazd z pełnym ubezpieczeniem, dodatkowym kierowcą i zwrotem po 3 dobach w Mostarze. 

Niczym sardynki upakowujemy się do środka i ruszamy do Mostaru okrężną drogą, aby po drodze zobaczyć Travnik i Prokosko. Do pierwszego dojeżdżamy pół godziny później, niż zamierzaliśmy w skutek gubienia się GPS i ominięcia autostrady. Jednak nie zrażamy się, bo oto naszym oczom okazuje się wzgórze, na którego szczycie znajdują się okazałe ruiny zamku. Samochodem podjeżdżamy praktycznie pod samo wejście. Mimo, że nie spędzamy tu dużo czasu, to warto było zajrzeć choćby dla widoku miasteczka.

IMG_1974

Jeszcze przed dalszą drogą pijemy kawę bośniacką za 2 złote i relaksujemy się z widokiem na zamek i rzeczkę płynącą obok. Jeszcze nie wiemy, że ta chwila oddechu będzie nam bardzo potrzebna…

Stąd do Prokosko jest jedyne 50 km. Google pokazuje podejrzanie 1,5 godziny, jednak drogi są tu kręte i dziurawe- przyjmujemy że tak po prostu musi być. Mija godzina i wydaje nam się być blisko celu, wjeżdżamy w las. Beton zamienia się w żwir, a potem w typową leśną dróżkę. Chwilę później owa ścieżka zostaje usłana kamieniami. W 5 osób, z ciężkimi bagażami zaczyna się robić trochę nieciekawie. Mija 30 minut a my wciąż nie u celu, a kiepska droga mocno nas spowalnia i wytrzęsa. Co jeszcze dziwniejsze, nikt nas nie mija. Zbłądziliśmy, na pewno jest inna droga- stwierdza czwórka z nas sprzeciwiając się upartemu koledze, który ufa nawigacji w swoim telefonie. Średnio chce mi się na tej drodze zawracać, skoro aż tyle przejechaliśmy, obawiam się, że powrót przyprawiłyby mnie o mdłości. Wreszcie widzimy człowieka. Z uprzejmością potwierdza, że dobrze jedziemy- Prokosko w tamtą stronę, ciągle tą samą drogą. Wspaniale! No to jedziem… i jedziem… i tak dalej kolejne 30 minut spędzamy na kamienistej drodze, kilkukrotnie zahaczając podwoziem o podłoże. 

Tam gdzie czas sie zatrzyma_

Pasażerowie wysiadają w najtrudniejszym odcinku, aby usuwać kamienie z drogi. W międzyczasie mijamy 2 „skrzyżowania”, a „drogowskazy” pokazują nam kierunek. Nawet po drodze jeden znak ludzkości- na jednym polnym rozdrożu stało auto z głośną muzyką, wyglądali tak, jakby czekali na drugie, aby wspólnie poimprezować i zjeść grilla. Kiedy zrezygnowani poważnie zaczynamy myśleć o powrocie, napotykamy stojącego busika. Kierowca okazuje się być także turystą, który zaplanował spanie w namiotach nad jeziorem Prokosko, jednak zatrzymał się, bo kawałek dalej droga staje się nie do wytrzymania, a kamienie nie przestają uderzać w podwozie. Pytamy nieopodal pracującego mężczyznę czy to jedyna trasa do naszego celu-tak. Turysta postanawia zawrócić i poszukać kogoś, kto by dowiózł jego rodzinę jakimś Jeepem. Jako kierowca musiałam podjąć decyzję, co z nami… ryzykownie, niepewnie, ale nie widząc innej możliwości – powiedziałam, że jedziemy dalej. Już tylko 13 km. Mogliśmy zostawić auto i iść pieszo, jednak nie byliśmy pewni drogi z Prokosko do Mostaru. Zresztą standardowo… tik tak… o 21 mamy się zameldować w hotelu. A jest już 15:30… tik tak. I tak kolejną godzinę spędzamy wchodząc i wjeżdżając pod górę… Ja za kółkiem 10 km/h, a reszta 2 km na nogach, 3 km w aucie, 2 km na nogach, i znów w aucie… i tak na szczyt przez około godzinę. Na wąskiej drodze mija nas kilka Jeepów i jeden bus. 

Tam gdzie czas sie zatrzyma_ (1)

O 16:30 wreszcie widzimy wioskę i jezioro. Krótka przerwa dla fotoreportera. Widoki wraz ze zbliżaniem się do centrum celu stają się coraz bardziej zniewalające. Jeszcze bardziej atmosfera! IMG_2044

Miejscowi oglądają się za nami, coś komentują, być może dlatego że auto parkujemy pod czyjąś drewnianą chatą. Tam gdzie czas sie zatrzyma_ (2)

Wszystkie tu są drewniane, a liczne zwierzątka- kozy, owieczki, krówki chodzą wolno. Zdaje się, że świat o tej wiosce zapomniał, a oni, samowystarczalni zatrzymali się na poziomie kilkuset lat wstecz, w dolinie, gdzie każdy każdego zna i od czasu do czasu pojawiają się turyści dostarczający im trochę zarobku. 

IMG_2057

Rozkoszujemy się widokiem jeziora. Trwa to tylko chwilę, bo tik tak…

Wygląda na to, że możemy zjeść coś u Pani, przy której gospodarstwie zatrzymaliśmy samochód. Trochę po angielsku, trochę polsku i trochę bośniacku dogadujemy się, że chcemy zapiekaną pitę z ziemniakami i drugą z serem. Czekamy pól godziny na wypiek, podczas którego wnuczka właścicielki przynosi nam po batoniku i trochę wody ze studni. Obiad okazuje się pyszny, no i przede wszystkim swojski i świeżo wypieczony. 

Tam gdzie czas sie zatrzyma_ (3)

Ściskamy panią babcię, dajemy dziewczynce mały polski drobiazg i ruszamy w drogę do Mostaru. 

Tam gdzie czas sie zatrzyma_ (4)

Konieczne jest częściowe cofnięcie się poprzednią drogą. Nawet skręcając, wciąż pozostajemy na leśnej wyboistej drodze, a na asfalt wjeżdżamy po 2 godzinach. Do hotelu dojeżdżamy jakoś między 23 a 24. Właściciel AppLine Apartments jest miły i absolutnie nie robi problemów w związku z naszym późnym przyjazdem. 

Cóż… Prokosko okazało się dla nas piękne, a pobyt zbyt krótki- trzeba tam wrócić z Jeepem i ekipą filmową 😊

IMG_2002IMG_1995

Reklamy

City Break na każdą kieszeń

… czyli o miejscu, w którym piwo jest tańsze od wody, turystów jest tylu, co w Rzymie oraz jada się tyle ile na święta – czeska Praga.

107_mg_9856

Dostajemy się tu w promocyjnej cenie Polskim Busem za 35 złotych od osoby w obie strony. Fakt, że nie dojeżdża on do ścisłego centrum miasta może być dla niektórych minusem, jednak to dla nas właściwie jedyna możliwość wypróbowania komunikacji tutejszym metrem. Jedzie się szybko, komfortowo, tanio i przede wszystkim – prawie pod sam nocleg w pobliżu ścisłego centrum Pragi, czyli Apartments u Staropranemu. Mimo że w Internecie pokój wyglądał na mało przytulny i raczej mały, to na miejscu czeka nas miłe zaskoczenie. Sympatycznemu mieszkaniu niczego nie brakuje, jest ładnie, czysto, jedynie około 1-2 km od głównych atrakcji i zabytków. Szczerze polecam je parom i grupom przyjaciół. My wybraliśmy się w czwórkę i zapłaciliśmy 180 złotych za noc. Pani odpowiedzialna za nasze zameldowanie wskazała nam rożne sposoby dostania się w rozmaite miejsca, które mogły nas zainteresować.

014_mg_9664

Tym sposobem po chwili odpoczynku wyruszamy na wieczorny spacer po Pradze. Udaje nam się zobaczyć tańczący dom będący ikoną współczesnego designu w architekturze europejskiej, kolorowe jarmarki świąteczne, na których zakupić można pamiątki, grzane piwo, a także tradycyjnego kołacza oraz klimatyczne stare miasto. Zwiedzanie nie było by stuprocentowo dokonane, gdyby nie skosztowanie tutejszych przysmaków, dlatego na kolacje wybieramy się do Mlejnice na kapuśniak i talerz mięsny z knedlami, a do tego najtańszy w menu napój, czyli piwo.

028_mg_9693

Drugi dzień rozpoczynamy od słodkiego czeskiego śniadania w postaci rożnego rodzaju nadziewanych bułek . Start dzisiejszego podboju miasta ma miejsce przy ścianie ku czci Lennona, czyli właściwie kawałka muru z kolorowymi graffiti, zawierającymi głownie hasła z piosenek artysty. Idealny punkt na foto-przystanek.

056_mg_9736

Następnie wyruszamy pod górę, aby zobaczyć główne, najczęściej odwiedzane zabytki. Już po drodze, przechodząc sławnym, rzeczywiście urokliwym Mostem Karola czy przechadzając się obok kościołów świętego Mikołaja i Tomasza, wydaje nam się tłoczno, jak na sąsiedzki kraj. Tym bardziej o tej porze roku widok tylu ludzi jest dla nas lekko szokujący. Okazuje się to jednak być niczym w stosunku do kolejek w okolicach Zamku, a jeszcze bardziej do Katedry świętego Wita. Od razu przychodzą mi na myśl tłumy oczekujące na wejście do Bazyliki w Rzymie! Uwierzcie mi, że w być może niepozornej Pradze turystów było niewiele mniej! I właściwie to wcale się nie dziwię – widok potężnej budowli, zarówno na zewnątrz i wewnątrz wywiera ogromne wrażenie. Gotycka strzelistość wież, witraże i ornamenty zdobiące okna, a także unosząca się atmosfera duchowości i tajemniczości. Chwila zatracenia się w takim nastroju oczywiście nie trwa długo- jedynie tyle, na ile możesz zapomnieć o tym ze obok ciebie poruszają się tłumy innych zwiedzających. Po tym wszystkim warto obejrzeć jeszcze klasztor świętego Jerzego i Złotą Uliczkę, do których wstęp wykupić można od razu w pakiecie biletowym.

W Pradze sporo jest miejsc, w których można dobrze zjeść. Jednak niewiele z nich serwuje tradycyjną czeską kuchnię. Spośród bardzo krótkiej listy, na dzisiejszą kolację wybieramy restaurację Stare Casy. Z menu zamawiamy oczywiście piwo, a poza tym na naszym stole ląduje również zupa gulaszowa w pysznym chrupiącym pieczywie oraz tradycyjny czeski gulasz. Obie pozycje smaczne, niedrogie, ale – rzecz jasna – bardzo kaloryczne i ciężkie. Całe szczęście, spalenia nadmiaru kalorii dostarcza nam nocny spacer, podczas którego można podziwiać pięknie oświetloną Pragę – niezapomniany, bardzo fotogeniczny widok!

093_mg_9828108_mg_9857

 

Ptasia wyspa, czyli bajka o dobrych ludziach (1/2)

Czas i miejsce akcji: koniec kwietnia, Runde – mała wysepka w gminie Herøy, Møre og Romsdal – bardzo niedaleko Voldy, norweskiego miasteczka, które opuściłam rok temu. Jej znakiem rozpoznawczym są ptaki, a w szczególności puffiny.

01-LrMobile1504-2016-113817840922889975.jpg

moje dotychczas najpiękniejsze lądowanie, Ålesund

Kwietniowy dzień zaczął się wyjątkowo leniwie. Decyzja o podjęciu jakiegoś działania była podejmowana bardzo powoli i jakby z otępieniem, bo kanapa w kuchni jest przecież tak wygodna, a sama kuchnia taka ciepła. To był przedostatni dzień mojego pobytu w Voldzie w zeszłym roku, gdzie wpadłam w odwiedziny. Voldę znam na pamięć, nie chciało mi się iść na spacer znowu w te same miejsca, chciałam zobaczyć coś innego. Wujek Google w takich sytuacjach potwierdza swoją wartość. Wynalazł na mapie właśnie tę wysepkę – Runde. Od Voldy oddalona jest zaledwie o 60 kilometrów. Kurczę, 60 kilometrów to nie dużo… Na pewno jeżdżą tam jakieś autobusy, ale… Jak przeżyć coś innego, to przeżyć – zatem autostop! Pewnie teraz pomyślicie: a gdzie tam, autostop, wielkie mi co. Zaznaczę więc tylko, że panuje powszechny pogląd, iż Norwegia nie jest przyjaznym krajem dla autostopowiczów; pogoda nie dopisywała, bo lało jak z cebra, ale w tamtym regionie to raczej normalna sprawa; a w dodatku Runde nie jest popularną destynacją, ponieważ na tej zapomnianej przez Boga wyspie w archipelagu Sørøyane, mieszka tylko trochę ponad 100 osób.

Cóż, czasem jednak warto wyjść ze swojej strefy komfortu i zaryzykować!

02-20160418_165410.jpg

Runde

Volda posiada tylko dwie drogi wylotowe do „świata na zewnątrz”. Droga z Voldy do Ørsty wydawała się więc dobrym miejscem na początek wycieczki. Była z resztą jedyną drogą, która mogłaby doprowadzić podróżnika w tamtą stronę. Okej, zatem wylotówka jest, autostopowe miejsce przy drodze zaklepane, na pewno zaraz ktoś się zatrzyma!
Mija 5 minut.
Mija 10 minut.
Mija 15 minut.
Mija 20 minut.
Samochody jeżdżą, ale żaden się nie zatrzymuje. Czy coś jest ze mną nie tak? Źle wyglądam? Przecież zakapturzona, okutana w szaliko-dywano-koc, w dodatku przemoczona osoba nie może źle wyglądać! Kiedy już chciałam zwiesić nos na kwintę – nagle pojawił się on, wybawca w dużym samochodzie. Jedziemy, rozmawiamy trochę po norwesku, trochę po angielsku, mężczyzna jest uprzejmy, uśmiechnięty i bardzo rozmowny (powątpiewam czy jest Norwegiem). Przystanek ma miejsce gdzieś niedaleko Ørsty na rondzie przed tunelem wydrążonym w górze. Tu się żegnamy, życzymy sobie powodzenia i… czekamy na kolejnego dobrodusznego kierowcę!

Tym razem nie zajęło to długo – po dziesięciu minutach podjechał pan, który był kierowcą małego busika. Okazał się równie gadatlity, co jego poprzednik, a nawet wyszło na jaw, że jest profesorem matematyki na naszym uniwersytecie w Voldzie. Świat jest mały.

Każda kolejna osoba, która zgodziła się wpuścić dwie przemoczone istoty do swojego pojazdu była jeszcze przyjaźniejsza od poprzedniej. Osobą, która zawiozła nas na samą wyspę – na sam koniec jej jedynej ulicy, był historyk, który posiadał ogromną wiedzę i nie zawahał się nią podzielić. W zamian za rozmowę z nim, wysłuchanie go z niekłamaną fascynacją postanowił nadłożyć swojej drogi, z tego co pamiętam całkiem sporo, aby podróżnicy trafili do celu. Nie wierzyłam własnym oczom i uszom, i wszystkiemu. Ten człowiek nie oczekiwał niczego w zamian – przyjemnie nam się rozmawiało, ot i to wszystko. Podczas drogi z nim przez przepiękny i malowniczy archipelag opowiadał całkiem sporo o historii gminy, przez którą przejeżdżaliśmy.

Niestety, przyszedł czas na opuszczenie jego samochodu i pożegnanie się. W takich momentach jak ten – na środku jednej jedynej uliczki na małej wyspie zapomnianej przez Boga – zastanawiasz się, dlaczego ten człowiek był dla mnie tak dobry i miły, skoro nie spotkamy się już więcej? Dlaczego to zrobił?

04-20160418_171720

jedyna ulica na Runde

To nie był koniec inspirujących spotkań i widoków tego dnia.
O pilocie, matce podróżnika i orle morskim przeczytacie już niebawem 😉

03-img_1808-kopie

Runde // pozdrawiam – wiecznie głodna Aśka 😉

 

Wycieczka do kolonii Juliusza

Ciao a tutti! Po dość długiej przerwie wracam do pisania! Zatem kubek czekolady/herbaty/co tam kto pije w dłoń i do czytania  😉

20151011_114136.jpg

Dotarliśmy!

Dziś przeniesiemy się do urokliwego miasteczka o nazwie Spello. Położone jest ono w Umbrii pomiędzy Asyżem, a Foligno oraz u stóp Monte Subasio. Założyli je Umbryjczycy, a za czasów Cesara nominowano je kolonią Juliusza. Zatem…andiamo!

20151011_114233

Jeździj u nas maluchem to powiedzą, że grat i złom, a we Włoszech wszyscy robią zdjęcia!

20151011_114254

Amerykanka, Niemka, Belgijka, Hiszpan i Polak (tyle, że po drugiej stronie aparatu ;))

20151011_114501

„Przyjaciel to ta osoba, która przybywa, wtedy gdy reszta świata sobie stąd idzie” ♥

Okej, teraz czas na zdjęcia z tej bardziej historycznej części 😉

Jedna z bram wjazdowych do miasta (jego starożytnej części) z napisem „Przewspaniała kolonia Juliusza”

A teraz, co Wam będę dużo mówił… zobaczcie sami 😉

20151011_133844

„Zakaz wstępu teściowym” – Włosi chyba też ich nie lubią :/

20151011_133626

W tym domu chyba odgrywają „Romeo i Julię” 😀

Nie zapominajmy, że jesteśmy ciągle w Umbrii, więc trzeba się nieco wspinać. Ale dla poniższego widoku chyba warto, co nie? ;>

20151011_140033

Romantycznie, etnicznie, fotogenicznie…

…czyli o odsłonie Wietnamu, która zaskoczy niejednego podróżnika! Przenieśmy się więc na północ, w okolice pięknego miasta Sa Pa. Tu odpoczniecie od azjatyckich upałów, a także poznacie z lekka inną odsłonę wietnamskiej kultury.

IMG_3998.JPG

Podróż rozpoczynamy, oczywiście jakże by inaczej, od najlepszej kawy na świecie o aromacie czekoladowo-waniliowym, gęstej konsystencji, słodzonej skondensowanym mlekiem – istny smakowy raj! Filiżanka pusta? No, to w drogę!

Droga wiedzie, rzecz jasna, przez górskie, więc przepiękne, ale niebezpieczne tereny – nad licznymi przepaściami. A dla osób nieprzystosowanych do wąskich ulic i specyficznych przepisów drogowych (czyli ich braku) już sama taka przejażdżka może okazać się niemałą przygodą, zapierającą dech w piersiach – z zachwytu i ze strachu. Nadmiar wrażeń? Nie ma problemu! Przecież zawsze można się zatrzymać – wskazany jest odpoczynek dla nas, a także dla samochodu (o tym dlaczego auto musi odpoczywać przeczytacie TU)… Oczywiście, stop ma miejsce także nad przepaścią, na zakręcie 😀 Już tu zauważyć można charakterystyczne stroje mieszkanek tego rejonu. Kupujemy od nich uprażoną, wędzoną nad ogniem kukurydzę i jedziemy dalej – pod górę.

img_4105

Po jakimś czasie dojeżdżamy na miejsce… i nagle zapominamy o zmęczeniu czy zawrotach w głowie. Widoki cudowne, hotel przytulny, z dużą ilością zieleni, motyle latają nad naszymi głowami, a powietrze… górskie świeże powietrze – chłodne powietrze! Cóż to za ulga po spędzeniu tylu poprzednich dni w upałach czterdziestu-paro stopniowych! Aura jest sprzyjająca, z pewnością każdemu się spodoba, ale moim zdaniem – szczególnie polecana na romantyczny wypad. Kolacja w postaci sushi-spring rolls na tarasie z widokiem na góry w chmurach i przepiękny zachód słońca ♥. A na deser smoczy owoc, mango, a może nawet coś mocniejszego, na przykład wódeczka ryżowa na tarasie piętro niżej – huśtanej ławeczce wśród kwiatów. A na zakończenie dnia spacer nocny po miasteczku…

No i tu się robi mniej romantycznie – za to bardzo rozrywkowo! Mimo że znajdujemy się w niewielkiej miejscowości, późnym wieczorem tętni ona życiem. Dzieci, młodzież, dorośli, w tym niewielka ilość turystów bawią się wspólnie w centrum najnowszymi zabawkami przybyłymi z Chin, spacerują, tańczą, jeżdżą na deskorolkach, grają w gry zespołowe, kupują pamiątki na licznych bazarach.

DZIEŃ 2

Dziś zdobywamy najwyższy szczyt Wietnamu! Jest to Phan Xi Păng (w przyjaźniejszej dla zagranicznych wersji: Fansipan) o wysokości 3143 metrów n.p.m. Pierwsza myśl zapalonego podróżnika? Zdobywamy szczyt bez pomocy kolejek górskich i innych ułatwień. Ale ta myśl szybko została zrównana z ziemią, bowiem dowiedzieliśmy się, że przebycie tej trasy jest szaleńczym wyzwaniem, wręcz targnięciem się na życie – o czym już niejeden zdołał się przekonać. Czym innym byłaby wyprawa w kwietniu rozłożona na 4 dni – ta opcja już należy do wykonalnych 😉 Jednakże my posiadając jeden czerwcowy dzień, wybieramy dopiero co wybudowaną kolejkę. Jest ona bardzo nowoczesna, same stacje – początkowa i końcowa – prezentują się okazale – jak część pięciogwiazdkowego hotelu. Obsługa jest uśmiechnięta i sympatyczna, posługuje się językiem angielskim (!). Ta atrakcja ewidentnie nie jest kierowana do Wietnamczyków, nie tylko ze względu na europejskie standardy, ale przede wszystkim na europejską cenę – około 30$ za przejażdżkę na osobę w obie strony. Dobrze, w takim razie wsiadamy – kabina jest bardzo duża i przyjemnie sunie wśród chmur nad górami.

img_3947

Widoki są po prostu nieziemskie – las deszczowy i bambusowy, rzeczki, schodkowe pola ryżowe – coś wspaniałego ♥.

img_3944

Po około 20 minutach docieramy na szczyt – a właściwie to tak nam się wydaje, ale po raz kolejny mamy niespodziankę… a nawet dwie!

img_3956

  1. Jest zimno (około 10-13 stopni).
  2. Do szczytu jeszcze jakieś 700 metrów… droga jest jedyna – schody (ilości schodów nie znam, przestałam liczyć po jednej z kolejnych setek, więc stawiałabym na około 1000 – w internecie wypowiedzi są mocno rozbieżne – niektórzy twierdzą, że jest 600, a niektórzy że 10 000!

Oczywiście, udaje nam się dotrzeć – zresztą w myśl wietnamską – nic co wartościowe, nie jest łatwe do zdobycia! Polecam szczerze wyprawę w okolice Sa Pa i przekonanie się na własnej skórze jakie atrakcje oferuje 😉

Na weekend do Budapesztu

Miasto, które ogromnie mnie zaskoczyło swoją fotogenicznością, ilością zabytków, ich zadbaniem, oraz ogólną atmosferą to właśnie Budapeszt. Przeczytajcie jak udało mi się obejrzeć główne atrakcje w ciągu niecałych 2 dni.

030_mg_8500

Wraz z grupą przyjaciół wyruszamy w drogę na Węgry. Startem naszej podróży jest główna stacja autobusowa w Krakowie. Trasa, która z lekkim wydłużeniem czasowym, trwa troszkę ponad 7 godzin, okazuje się cudownie malownicza – góry Polski i Słowacji to cel, do którego warto z pewnością wybrać się na osobną, nieco dłuższą wycieczkę! Bilety do Budapesztu zakupiliśmy w promocji Lux Express około półtora miesiąca wcześniej i wyniosły nas po 55 zł w obie strony za osobę. Cena bardzo korzystna biorąc pod uwagę konkurencyjne firmy, a także komfort autobusu, w którym można napić się kawy czy herbaty, bądź obejrzeć jeden z najnowszych filmów na indywidualnym tablecie przed siedzeniem.

016_mg_8476

Wysiadamy sporo poza centrum, bo przy stacji metra Nepliget. W najbliższej okolicy, niestety, nie znajduje się żadne WC, co dla niektórych stanowi kiepską wiadomość. W podziemiach stacji zakupujemy bilet „transfer ticket” za trochę mniej niż 600 forintów (8 zł), aby po 8 przystankach jazdy starym, zniszczonym i mocno kołyszącym metrem przesiąść się w autobus. Bagaże zostawiamy w „Island Hostel” (warto sprawdzić opinie na booking – moja ocena 6,3 ) na Wyspie Małgorzaty i ruszamy na miasto.

121_mg_8671

Program zwiedzania obejmuje kolejno:

  1. Parlament – potężny budynek położony na Dunajem, symbol Budapesztu. Został wzniesiony na początku XX wieku w stylu neogotyckim.080_mg_8577
  2. Pomnik wojny sowieckiej – znajduje się na Placu Wolności, upamiętnia wydarzenia z końca II Wojny Światowej, kiedy Armia Czerwona wkroczyła na ziemie węgierskie.148_mg_8738
  3. Bazylika św. Stefana (również wewnątrz) – największy kościół w Budapeszcie, poświęcony pierwszemu królowi Węgier. Zbudowana w stylach neoklasycystycznym i neorenesansowym.152_mg_8744
  4. Operę (również wewnątrz) – szczególne wrażenie robi wieczorem, podświetlona, kiedy przychodzą widzowie. Wewnątrz udekorowana rzeźbami i dziełami malarskimi.002_mg_8841

Odwiedzenie powyższych zabytków jest darmowe, a ścieżki pomiędzy tymi miejscami są równie ładne i ciekawe. Powyższa trasa mierzy niecałe 2,5 kilometra, także wolnym, „fotograficznym tempem”, przeszliśmy ją w 3 godziny.003_mg_8864

A zakończyliśmy posiłkiem w niedrogiej restauracji Frici Papa, gdzie można zjeść dania główne w cenie do 1500 forintów.

004_mg_8879

Jako idealne zwieńczenie piątku – relaks na naszej wyspie, czyli podziwianie fontanny multimedialnej (te polskie nie umywają się do niej) oraz drink z widokiem na Dunaj.068_mg_8556

Kiedy z zapakowanymi wszystkimi bagażami, wyruszamy około 9:00 kolejnego dnia, nie zdajemy sobie jeszcze sprawy z tego, że ukształtowanie terenu drugiej połowy miasta, będzie nam płatało figle… I nie tylko to….

Bowiem już na samym początku, okazało się, że na najbliższy tramwaj wodny, którym chcieliśmy się przemieścić, będziemy musieli czekać godzinę. Momentalnie zamieniamy środek transportu na nasze nogi. 3 kilometry nie wydają się szczególnym wyczynem. Jednak z ciężkimi torbami i w upale nieco ponad 30-stopniowym, pozwalamy sobie w trakcie na przerwę kawową. Na ten napój w pierwszej lepszej kawiarni w centrum wydajemy około 7 złotych za duży kubek (czyli porównując ilościowo i jakościowo do polskich warunków – w Budapeszcie płacimy troszkę mniej).092_mg_8599

No i… idziemy dalej. Nasz „zero-budget” plan na ten dzień wygląda tak:

  1. Baszta rybacka – miejsce najczęściej pokazywane na pocztówkach z Węgier, baszta neoromańska postawiona w miejsce murów królewskich strzeżonych kiedyś przez rybaków. Trzeba pokonać trochę schodów, ale ostatecznie widoki piękne, a same mury zadbane i robią duże wrażenie010_mg_8898012_mg_8904
  2. Zamek Królewski i jego ogród – kolejna atrakcja, którą aby zobaczyć, należy pokonać serpentynową trasę pod górę, lub wjechać zabytkową kolejką. Ogród znajduje się tuż obok, choć niewielki, warto na chwilę nacieszyć wzrok.015_mg_9021
  3. Cytadela na Górze Gellerta – i znowuż trochę pięter do przebycia… dosłownie, bo większość ścieżki na ten niewielki szczyt 235 m to głównie schodki. Na początek fotka z mini-wodospadem, a potem… w drogę! Rada jest taka – wchodźcie szybciutko, a odpoczynek będzie na samej górze, bo ten widok zapierający dech w piersiach nie będzie chciał ci pozwolić wrócić na dół.

Trasa pomiędzy tymi miejscami wynosi około 3,5 kilometra, także licząc ze zwiedzaniem, na wszystko potrzebujecie około 4 godziny. 107_mg_8635Z tak dobrym tempem udaje nam się jeszcze zjeść obiad typu fast food za około 6 zł na osobę, zrobić zakupy na małe co nieco na drogę i odpocząć. Do Krakowa, a potem Łodzi wracamy pełni wrażeń i zachwyceni cudownym Budapesztem.

PS. Pięknie dziękuję Kamilowi i Mateuszowi za współtworzenie powyższej fotorelacji 🙂

O pływaniu kradzioną łódką po norweskich wodach

„Wypożyczyć” łódkę z portu, założyć kapok i wypłynąć na norweskie wody okalające Voldę. Brzmiało jak plan na miłe spędzenie popołudnia,
a okazało się prawdziwą walką o przetrwanie. Mimo fali zimnych i słonych doznań tęsknię za uczuciem, kiedy strach mieszał się z ekscytacją.

DSC_0258b_wm.jpg

Znajomi z Voldy zaproponowali nam rejs łódką, zgodziłyśmy się bez wahania, bo nie miałyśmy innych zaplanowanych rzeczy na ten dzień. Popłynęła z nami Milena, która akurat zaszczyciła nas swoją obecnością. Kupiliśmy baniak paliwa, „pożyczyliśmy” wolno stojącą łódkę z portu i wypłynęliśmy.

DSC_0139b_wm

DSC_0136b_wm

DSC_0280b_wm

DSC_0266b_wm

DSC_0264b_wm

DSC_0281b_wmDSC_0269b_wm

DSC_0276b_wm

Nasz rejs zaczął się łagodnie, wiał delikatny wiatr, do uszu dochodził szum wody. Łódka błogo się unosiła. Miałyśmy sporo czasu, żeby zapełnić „klisze” naszych aparatów. Gdzieś pośrodku wyciągnęliśmy wędki.

DSC_0278b_wm

DSC_0292b_wm

DSC_0295b_wm

Makrele mając w pamięci rzeź, jakiej się dopuściliśmy omijały naszą łódką szerokim łukiem. Po pewnym czasie zaczęła dopadać nas stagnacja i znużenie. Aśka nawet postanowiła się przespać 😛

DSC_0284b_wm

Pewnie z Mileną dołączyłybyśmy do niej wkrótce, gdyby nie chłopaki, których dopadł wówczas syndrom samca na wolności. Postanowili zaprezentować, co potrafi nasza mała, niewinna łódka- włączyli silnik i … emocje.

DSC_0283b_wm

Prawdopodobnie ostatnie zdjęcie na wodzie.

Na początku odważnie relacjonowałyśmy wszystko, co się działo. Miałam w planie stworzyć mikro fotoreportaż, ale jedna z  wielkich fal o mało nie wyrzuciła mnie z łódki. Kilka sekund później owijałam aparat wszystkim, co miałam pod ręką, żeby nie zamókł. Kurczowo ściskając swoje rzeczy wrzeszczałyśmy ze strachu. Oczywiście to jeszcze bardziej nakręcało chłopaków. Z maksymalną prędkością burzyliśmy nostalgiczny charakter idealnie gładkiego lustra wody burząc go na kawałki.

Opisując Wam tą przygodę niemalże czuję słone, obce usta i sztywne, mokre włosy. Na myśl o chłodnym norweskim wietrze dostaję gęsiej skórki. Mimo to chciałabym tam wrócić i przeżyć to jeszcze raz, może nawet więcej.

DSC_0306b

Aż pożółkłyśmy z nadmiaru wrażeń.

Dotarłam właśnie do ostatniego zdjęcia, które wykonałam tego dnia. Nie mając na sobie ani jednej suchej nitki, biegłyśmy w kapokach na pobliską stację benzynową, aby tam chociaż trochę ogrzać się i osuszyć. Minąwszy zaskoczonego kasjera wtargnęłyśmy w trójkę do jednej toalety. Osuszywszy się trochę papierowymi ręcznikami dołączyłyśmy do chłopaków, którzy pili już kawę na kanapach. Dopiero w  takich sytuacjach docenia się niezwykłość małych rzeczy. Było to jedne z lepszych latte, jakie wypiłam w swoim życiu.

Asia 🙂