Wycieczka do kolonii Juliusza

Ciao a tutti! Po dość długiej przerwie wracam do pisania! Zatem kubek czekolady/herbaty/co tam kto pije w dłoń i do czytania  😉

20151011_114136.jpg

Dotarliśmy!

Dziś przeniesiemy się do urokliwego miasteczka o nazwie Spello. Położone jest ono w Umbrii pomiędzy Asyżem, a Foligno oraz u stóp Monte Subasio. Założyli je Umbryjczycy, a za czasów Cesara nominowano je kolonią Juliusza. Zatem…andiamo!

20151011_114233

Jeździj u nas maluchem to powiedzą, że grat i złom, a we Włoszech wszyscy robią zdjęcia!

20151011_114254

Amerykanka, Niemka, Belgijka, Hiszpan i Polak (tyle, że po drugiej stronie aparatu ;))

20151011_114501

„Przyjaciel to ta osoba, która przybywa, wtedy gdy reszta świata sobie stąd idzie” ♥

Okej, teraz czas na zdjęcia z tej bardziej historycznej części 😉

Jedna z bram wjazdowych do miasta (jego starożytnej części) z napisem „Przewspaniała kolonia Juliusza”

A teraz, co Wam będę dużo mówił… zobaczcie sami 😉

20151011_133844

„Zakaz wstępu teściowym” – Włosi chyba też ich nie lubią :/

20151011_133626

W tym domu chyba odgrywają „Romeo i Julię” 😀

Nie zapominajmy, że jesteśmy ciągle w Umbrii, więc trzeba się nieco wspinać. Ale dla poniższego widoku chyba warto, co nie? ;>

20151011_140033

My Słowianie wiemy jak…

…czyli bigos, pierogi, zapiekanki, faworki, racuchy i mazurek. No, i wódka! Dwoma słowami: POLISH NIGHT!

P.S.: W niniejszym tekście opisane są dwa takie wydarzenia – jedno z listopada, natomiast drugie z marca.

IMG_2441.JPG

 

Jest takie jedno magiczne miejsce w Perugii, gdzie co środa odbywa się ,,Little Beat International Aperitif”. Miejsce to zwie się ,,Little Italy Hostel”. Jak widać – jest to również miejsce, w którym można się przespać i polecam je, jakby ktoś chciał się w mieście na parę nocy zatrzymać –  zobacz tutaj! ;). Jak zapewne się domyślacie, gdy pewnego razu zaproponowano mi i dziewczynom – tak, jestem JEDYNYM kolesiem z Polski na Erasmusie w Perugii – zorganizowanie nocy polskiej OCZYWIŚCIE się zgodziliśmy! Na szczęście dla Włochów i wszystkich innych obcokrajowców!

Wiadomo – promocja być musi! 😉

Ale, ale… pojawił się problem. Co by tu obcokrajowcom ugotować, żeby było smacznie, dużo i fajnie? Po wielu naradach i odkryciu kilku zaskakujących faktów na temat przepisów na to samo danie w różnych regionach Polski, ustaliliśmy jedno: pierogi, bigos, zapiekanki i faworki. Na drugą edycję wybraliśmy: pierogi, bigos (dobra, dobra, cicho!), racuchy oraz mazurka! I oczywiście trzeba było to wszystko samodzielnie przygotować!

IMG_2451

Polish Masterchefs na zakupach 😀

Po zakupach przyszedł czas na gotowanie! Wiadomo, czasu trochę zajmie, bo liczymy około 80 osób, więc to już nie są przelewki!

_MG_3068

Tradycyjnie zaczynamy od obierania ziemniorów 😀

IMG_2452

Kapusta sama się nie pokroi…

Jak widać – produkcja szła pełną parą! I tak, mamo, umiem gotować! ^^

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Szybki kurs w 4 krokach pt. ,,Jak ulepić pieroga” dla Emanuele 😉

Pierwszy dzień przygotowań zakończyliśmy sukcesem, wprawdzie o 3 w nocy, ale około 300 pierogów zostało zrobione, no i przecież bigos w 5 minut też się nie zrobi…

Drugiego dnia (czyt. w dzień imprezy) do przygotowania zostały nam racuchy i zapiekanki

Niestety, więcej zdjęc z przygotowań nie posiadamy, bowiem jesteśmy we Włoszech, więc i my mieliśmy małe spóźnienie! Szkoda tylko, że goście przyszli punktualnie (!), ale to nic – we Włoszech są, to poczekają 😉

POLISH NIGHT, moi drodzy, a właściwie NIGTHS zakończone sukcesem!

Jedzonko wszystkim smakowało aż za bardzo – mnie ponad przez miesiąc maltretowano w celu uzyskania przepisu na bigos! Cud, że jeszcze żyję. Dostaliśmy nawet propozycję otwarcia piekarni (a raczej zapiekarni), a wszyscy z mega zadowoleniem na twarzach wychodzili z naszej imprezy. Raczej mało kto wychodził z niej samotny, bowiem nasz rodzimy produkt wprawił wszystkich gości w fantastyczne humory i wiele dawnych waśni czy sporów zostało zakopanych na rzecz nowych  znajomości oraz bólu głowy następnego dnia. Mowa w tym momencie oczywiście o… wódce! Tak, kochani, to nie żarty! Mieliśmy polską, prawdziwą wódkę! Mało tego… nauczyliśmy Włochów pić szoty i przegryzać je ogórkiem! Niestety, ze śledzikiem się nie udało 😦

Następnym razem…;)

Spóźnieni, ale zwarci i gotowi na najlepszą imprezę roku 😀

IMG_2508

Mina Vita chyba wystarczy za odpowiedź na pytanie: ,,Jak smakuje?”

Oczywiście, skoro to polska noc to i naszej muzyki nie mogło zabraknąć 🙂 Na tę specjalną okazję dobraliśmy utwory aktualnie obecne na szczytach list przebojów, jak i te klasyczne. Do tego, co jakiś czas wplataliśmy utwór zagraniczny, który był/jest popularny w Polsce. Oczywiście, największym hitem okazało się ,,My Słowianie” Donatana&Cleo – o dziwo, niektórzy znali nawet tekst i pamiętali o naszej praczce 😉

_MG_3130

Najwytrwalsi, co przeżyli imprezę do końca!

IMG_2579

Ekipa POLISH NIGHT 🙂

Także kochani, śmiało róbcie polskie wieczory gdziekolwiek byście nie byli! Już nie chodzi o fejm i takie tam, ale po prostu pokażmy ludziom trochę naszej kultury. To naprawdę miłe, gdy obcokrajowcy mówią, że nasze jedzenie im smakuje, że doceniają czas, który został włożony w przygotowana dla nich tego smacznego dania i tym podobne. Poza tym, taką małą promocją zapraszamy ich do naszego kraju nad Wisłą, a czasami też poznajemy siebie lepiej! Także, zamiast następnym razem iść do restauracji – zaproście ich do siebie i pokażcie, że polska kuchnia nie ma się czego wstydzić 😉

Czekolada, czekolada i… jeszcze więcej czekolady!

Każdy, ale to naprawdę każdy miłośnik czekolady (czyli w sumie MY WSZYSCY 😀 ) powinien zapisać sobie październik złotymi zgłoskami w kalendarzu, albowiem właśnie wtedy w Perugi odbywa się… EUROCHOCOLATE!

IMG-20151024-WA0013

,,Czyli, że wszędzie znajdziemy czekoladę?” zapytacie. Tak!
,,Czyli, że wszystko jest z czekolady?” Tak!
,,Ale naprawdę wszystko, wszystko?” Tak! (zresztą zaraz sami zobaczycie).
,,Ale dlaczego właśnie w Perugi ?” A, no właśnie…

Wiedzieliście, że Perugia jest miastem znanym z czekolady i w ogóle ze słodyczy? Słyszeliście kiedyś takie nazwy jak ,,Perugina” albo ,,Baci”? Nie? Szczerze – ja przed przyjazdem tutaj, też nie. Ale to się zmieniło – na szczęście!
Cała historia zaczyna się jednak w 1907 roku, kiedy to lokalni przedsiębiorcy wpadają na pomysł utworzenia spółki do produkcji czekolady. Spółka ta funkcjonuje do dziś, jednak od 1988 wchodzi w skład szwajcarskiego Nestlé. Jednym z jej najbardziej znanych produktów są Baci (pl. – całusy). W 1939 firmie udaje się zawojować rynek amerykański, czego dowodem było otwarcie sklepu na słynnej 5th Avenue w Nowym Jorku!

Co do samego festiwalu – nie ma on aż tak długiej tradycji. Jego pierwsza edycja odbywa się w roku 1993 z inicjatywy architekta Eugenio Guarducci. Staje się on niesamowitą okazją dla twórców tego smakowitego kunsztu do prezentacji swoich wyrobów i zdolności, dla mieszkańców i rzecz jasna dla turystów, okazją do posmakowania tego i owego, a dla samego miasta świetną reklamą i atrakcją. Festiwal ma certyfikat ICCO – Międzynarodowej Organizacji Kakao, co stawia go w gronie tych najbardziej prestiżowych. No, ale co ja się będę produkował… zobaczcie sami:

Już za chwilę, za momencik wszystko się otworzy…

20151016_174441

Robi się tłoczno!

20151016_16184520151016_16184920151016_16185320151016_161902

Wiadomo, klauni też muszą być 😉

20151016_174929.jpg

Oficjalne logo bieżącej edycji 🙂 Wąsy do lizania  😀

 20151017_182902

Panie i Panowie! Przed Wami Sherlock Pernigotti, słynny detektyw czekolady. Sherlockowi bardzo spodobała się moja czapeczka i zaproponował mi wymianę. Do tego poprosił mnie o pomoc w bieżącej misji. Czy się zgodziłem? Oczywiście! Trzeba przecież ratować dobrą czekoladę Pernigotti przed wściekłym dietetykiem, który pragnie zniszczyć jej smak, tworząc czekoladową masę warzywną!

20151017_183107.jpg

Otrzymawszy od Sherlock’a czapkę i mapę z instrukcjami, ruszam w bój! Czasu jest mało, a sprawa poważna! Muszę odnaleźć dwie strażniczki czekolady, które zadadzą mi trudne pytanie na temat historii czekolady (sic!). Jeżeli odpowiem błędnie – brrr… strach myśleć! Na szczęście misja zakończyła się sukcesem – Wściekły Dietetyk został unieszkodliwiony, a czekolada uratowana! (Oklaski proszę zachować na inną okazję :P). Niestety, Wasz autor nie obył się bez strat- zdjęcia z pola bitwy zostały utracone 😦 Ale mamy czekoladę! 😀

20151017_183926.jpg

Konsumpcja gorącej czekolady – zaliczona!

20151017_185354.jpg

To zwierzaki mogą jeść czekoladę ?  :O

Always black or white

Trumna z czekolady? Kto bogatemu zabroni…

20151017_190514.jpg

Bo zwykła tabliczka to za mało 😀

20151024_163804

 

IMG-20151024-WA0015.jpg

Gdyby Kopciuszek żył w Perugi to zgubił by pantofla z czekolady, a książę by go zjadł i nie byłoby ładnej historii!

 

Oficjalny gadżet i czekoladowe piwo!

Jeśli chodzi o gadżet – wystarczyło kupić oficjalną kartę Eurochocolate (koszt. 5 euro) i dostawaliśmy mapę z punktami do odbioru gadżetów i darmowej degustacji. Miło 🙂

20151016_194854.jpg

Oficjalne bluzki festiwalu 🙂

Październik minął, festiwal się skończył… i czas chyba jednak zwrócić się do tego dietetyka!

Ciao!

Plan filmowy, dyskoteka w centrum i wiele innych!

Dzieje się, oj dzieje!

Takimi oto słowami rozpoczynam swój dzisiejszy wpis. Przeniesiemy się dzisiaj bowiem na plan filmowy oraz potańczymy sobie w otoczeniu jakże cennych, historycznych budowli. Zwiedzimy również przepiękny i jakże wartościowy, pradawny teatr.  Zakładamy wygodne buty i ruszamy!

IMG_20150926_140259.jpg

Pewnego razu jeden profesor postanowił zabrać nas do lokalnego teatru w ramach wyprostowania kręgosłupów i ogólnego przewietrzenia zwojów mózgowych (o trosce profesorów pisałem TUTAJ). Nie ma się co dziwić – teatr jest naprawdę niesamowity i wart zobaczenia!

IMG_20151008_193333

Ale, ale!

Żeby nie było, że ten blog niczego nie uczy to krótka notka historyczna:

Teatr Morlacchi (dawniej Teatro del Verzaro) – jest to główny teatr Perugii. Pomysł jego stworzenia przypada na rok 1777 kiedy to miejscowa burżuazja pragnie stworzyć nowy teatr w odpowiedzi na wybudowany przez szlachtę il Teatro del Pavone. Z tego powodu zostaje stworzone Stowarzyszenie dla budowy nowego teatru – ”La società per l’edificazione di un nuovo teatro”, które powierza zadanie jego zaprojektowania lokalnemu architektowi – Alessio Lorenzini. Prace rozpoczęte w roku 1778 kończą się w 1780. (Jak widać kiedyś z uboższą techniką potrafiono budować szybciej. I trwalej. No ale…). Pierwszy spektakl ma swoją premierę 15 sierpnia 1781 roku. Teatr mógł  pomieścić 1200 osób. Obecnie mieści tylko 785 widzów. 

W 1874 przechodzi restrukturyzację prowadzoną pod okiem Guglielmo Calderini, który nadał mu obecną formę. Teatr kontynuuje swoją działalność aż do czasu okupacji miasta przez wojska hitlerowskie. Po wojnie, władze miejskie musiały przeprowadzić kolejną renowację, aby odbudować wnętrze budynku (sam budynek nie był poważnie uszkodzony). 

20151008_155337

Zabytkowa kurtyna przedstawiająca centrum miasta – Piazza IV Novembre (możecie sobie je przypomnieć TUTAJ, jakbyście zapomnieli ;))

20151008_160114

20151008_155942

Nie powiem, chciałbym przyjść do takiego teatru w tym XVIII wieku. W tych strojach, z tą gracją i powagą… czujecie to? BOSKO! W tamtych czasach musiał robić niesamowite wrażenie (no, bo nie mówcie, że nie robi na Was teraz, w XXI wieku ;))

***

Idzie sobie człowieczek z rana o jedenastej na uczelnię, wyspany (powiedzmy ) z dobrym humorem i ulubioną muzyką w uszach. Idzie, idzie, tudzież drepcze, a tu nagle… zza rogu wychodzi jakaś dziwnie ubrana para. I człowiek wpada w konsternację. Ale idziemy dalej – w końcu we Włoszech panuje prawdziwa wolność co do ubierania się (mówiłem już, że Włosi, gdy jest ciepło to zakładają kożuchy, a jak zimno – chodzą w sweterkach? Przynajmniej do tej pory udało mi się to zauważyć. Dziwni ludzie czasami ). Idziemy tak dalej i… kolejna dziwnie ubrana para. Jak z XX-lecia międzywojennego. I człowiek naprawdę zaczyna myśleć, czy coś z nim jest nie tak. Może to skutek wczorajszej imprezy? Może tym razem faktycznie o jeden drin za dużo? A może za krótko spałem? Albo może jeszcze śpię i to jakiś sen na jawie? Zamyślony tuptam dalej i nagle moim oczom ukazał się taki o to widok:

,,Co to? Jakiś strajk czy co?” – myśli człowiek!

Ale nie – wystarczy się przyjrzeć, by zrozumieć, że w mieście kręcą film! I to jak we Włoszech bywa – bez zamknięcia ulicy/placu/innego miejsca, gdzie odbywa się produkcja. Po prostu na czas nagrania carabinieri ładnie proszą o ustawienie się za przygotowaną wcześniej linią. Oczywiście nikt nie zabrania robić zdjęć, filmów etc 😉 A aktorzy po zdjęciach chętnie wdadzą się z nami w pogawędkę, pójdą na kawę do pobliskiej kawiarni i z przyjemnością zrobią sobie selfie! Z tego, co udało mi się dowiedzieć, film ma opowiadać o hiszpańskiej projektantce mody bądź perfumerzystce z okresu XX-lecia międzywojennego (jak widać wersje są dwie – może nawet sam reżyser nie wie do końca, o czym kręci). Premiera w przyszłym roku.

20151008_164106

20151008_163352

Tej, ale serio MY TEŻ CHCEMY!!!

20151008_163214

Myślicie pewnie, że takie atrakcje tylko w dzień?

NIC BARDZIEJ MYLNEGO!

Wiadomo, Włochy = nocny styl życia. Tak i jest tym razem. Ale nie tylko w Perugii i nie tylko we Włoszech! Mam na myśli Europejską Noc Naukowców. Szczerze, po raz pierwszy uczestniczyłem w tym wydarzeniu. W Polsce, albo o tym nie słyszałem prawie wcale albo jakoś mi to umknęło…

IMG_20150925_221929.jpg

Fajna sprawa. Albo mamy wolny dostęp do muzeum, albo gramy w grę miejską (niezła frajda szukać czegoś w podziemnym mieście z czasów Etrusków ^^), albo mamy… silent disco! Słyszałem o tym parę razy i już żałuję, że wcześniej nigdy na tym nie byłem. Po prostu mega frajda! Otrzymujemy ładne kolorowe słuchawki (oczywiście po uprzednim wpisaniu się na listę, ale uwaga – ilość słuchawek ograniczona ;)) i dansimy! Mamy do wyboru 3 dj-ów – fajna sprawa pląsać wśród starych i cennych historycznie murów (które pewnie nie jedno już widziały) i tańczyć z ludźmi, których nie znasz (w każdym razie na początku), bo mają akurat ten sam kolor słuchawek (czyli słuchają tej samego samego dj’a) co Ty Kolor (i dj’a) można w dowolnym momencie zmienić 🙂 Ileż to nowych znajomości człowiek zawiera – oczywiście, jak to Wasz autor ma w zwyczaju, zaliczyłem bliskie spotkanie z placem trzeciego stopnia! Ale spokojnie, przywykłem i moje kolana również. Gorzej ze spodniami…

Okej basta così! Zdejmujemy buciki, dajemy nogom odpocząć i widzimy się wkrótce! Tym razem będę miał dla Was coś słodkiego 😉

Ciao!

IMG_20150926_004608PS: Wybaczcie za jakość, ale kto normalny zabiera aparat na dyskotekę ?

La dolce vita… [FOTORELACJA]

… w Lago Trasimeno.

Powracam po problemach technicznych, z dużą dawką zdjęć z rajskiego miejsca.

FB_IMG_1442192765341

ręcznie robione obrusiki

Ciao a tutti! Dziś będzie nieco mniej słów, ale za to więcej zdjęć. Zresztą z tego miejsca lepiej obejrzeć fotki (a jeszcze lepiej samemu się tam pojawić 😉 ) także obejrzyjcie…

Żartowałem! Najpierw wypadałoby powiedzieć, gdzie to się Wasz autor zapuścił. A zapuścił się w miejsce magiczne, które nazywa się Lago Trasimeno (lago [wł.] – jezioro). Jest to największe jezioro w tej części Italii, oraz czwarte w kraju.  Większe znajdują się już tylko na północy. Położone jest ok. 40 km od Perugii – 30 minut pociągiem, koszt biletu wynosi 3,20 euro w jedną stronę 🙂

Zatem… buona visione!

 

Snapchat-4666858084618917612

To dojechaliśmy ! 😀

IMG_20150912_123740

Pierwsze sekundy nad jeziorem i pierwsze selfie. Wiadomo – być musi!

IMG_20150912_131130Snapchat--410915713282688385FB_IMG_1442192754574FB_IMG_1442261884897IMG_20150912_131103

Co jak co, ale restauracja z własnym tarasem to jest to!

IMG_20150912_131620

Czy mówiłem już, że sztuka we Włoszech jest na porządku dziennym?

Snapchat--2048943425166683270

Na pierwszy rzut oka, to ta para tam się całuje 😮

IMG_20150912_143513

A tutaj się opalaliśmy. Tak, pod koniec października 🙂

Snapchat--4564797553850088329IMG_20150912_131059IMG_20150912_153546 IMG_20150912_160237

IMG_20150912_160024IMG_20150912_153556

Tak a propos sztuki 😉

FB_IMG_1442261845485FB_IMG_1442192787774IMG_20150912_160234IMG_20150912_173424

Te góry w oddali to L’Isola Maggiore, na którą popłynęliśmy.

 

FB_IMG_1442192823597FB_IMG_1442192819043FB_IMG_1442192782346To już na L’Isola Maggiore 🙂

FB_IMG_1442192733423FB_IMG_1442192760538

FB_IMG_1442261856714Chwila przerwy i dalszy ciąg rundki wokół wyspy.

FB_IMG_1442192800122Kawiarnia z miłym ogrodem i tarasem na wodzie. Nieco gorzej z obsługą…

IMG_20150912_175342FB_IMG_1442261851864Autor już myśli nad nowym postem 😉

FB_IMG_1442192794755FB_IMG_1442261859845IMG_20150912_174004IMG_20150912_184213FB_IMG_1442261859845IMG_20150912_171015IMG_20150912_175653Czas wracać na prom.

FB_IMG_1442192726203FB_IMG_1442192722065

IMG_20150912_184323

FB_IMG_1442192814279FB_IMG_1442261835843Nieco zmęczeni, ale szczęśliwi tuż przed przyjazdem do Perugii 🙂

IMG_20150912_184244

Dzień Dobry Erasmus oraz trochę o włoskich uniwersytetach

Dzisiaj będzie nieco poważniej. Piszę ”nieco”, bo wiadomo – to w końcu Włochy, więc to, co ma wyglądać na dobrze zrobione i zorganizowane nie zawsze takie jest 😉

Snapchat--685777558266781557

Oto nadszedł. TEN DZIEŃ! 23 września. Dzień, gdy wszystko się zaczęło. A mianowicie – aż jeden przedmiot! Konkretnie to wykład wraz z miłymi słowami profesora na wstępie: ,,Obecność nieobowiązkowa, ale zalecam. Przecież mamy Internet, jest Wikipedia…”. Student od razu się uśmiecha i aż ma ochotę chodzić na zajęcia. (Tak przy okazji – pozdrowienia dla moich wykładowców z Polski. Pewnie Was skręca jak to czytacie? Pamiętajcie, więcej luzu! 😉 ). Wracając do tematu – we Włoszech studia zaczynają się albo później, albo wcześniej niż w Polsce; zależy jaki kierunek studiujemy. A właściwie od samego przedmiotu – tutaj wybiera się każdy pojedynczy przedmiot, na który chcielibyśmy uczęszczać. Studiując więc medycynę, nikt wam nie zabroni uczęszczania na kurs o historii teatru i spektakli. Wręcz przeciwnie!

Snapchat-1499385154894727147

Jak już człowiek ogarnie swój plan, to zdaje sobie sprawę, że jest z nim coś nie tak. Trzy zajęcia w jednego dnia O TEJ SAMEJ GODZINIE? Ale jak to? Przecież nie można być w trzech miejscach jednocześnie! Włosi o tym wiedzą i dają świetną radę : ”Niech się Pan nie przejmuje. Niech sobie Pan wybierze co się Panu najbardziej podoba i tyle!” (Moi kochani wykładowcy z Polski przeczytali? Jak tak to zalecam jeszcze raz i zapamiętać : ,, Więcej luzu” ;).

20151015_112522

Po miesiącu od rozpoczęcia przeze mnie studiów uczelnia zorganizowała WELCOME DAY dla Erasmusów. Powiecie  pewnie, że ”lepiej późno, niż wcale”, ale nie tutaj. Przecież niektórzy studenci mogli zacząć zajęcia kilka dni temu, albo dopiero zaczną studia. Oznacza to, że połowa października to odpowiednia data na zrobienia przyjęcia powitalnego dla studentów z zagranicy. Używając słowa ,,przyjęcie” nie mylę się, bo to było w istocie przyjęcie. Na początku wiadomo – formalności, hymny, piosenki, przemowy etc. Ale potem… darmowy bufet dla wszystkich studentów (nie ukrywam, że bogaty i smaczny) i do tego wycieczka po mieście z przewodnikiem (o dziwo, nawet po angielsku! Dla tych mniej znających włoski). Dobra, wycieczka, wycieczką (bardzo mi potrzebną po 1,5 miesiąca mieszkania tutaj :P), ale dostaliśmy w dodatku fajne gadżety 😀 Włoscy studenci lubią nas za to mniej, bo oni nigdy od uczelni nic nie dostali..

20151015_171246

A teraz kilka innych faktów o włoskich uniwersytetach :

  •  We Włoszech za naukę na uniwersytecie jest pobierana opłata. Każdego roku! Dlatego tutaj jest rzeczą normalną kończenie studiowania około 30 roku życia. Studenci często sami płacą sobie za studia, więc powszechnie stosowaną praktyką są przerwy w trakcie toku studiów, aby w tym czasie trochę popracować i jednocześnie przy tym zarobić na nie.
  • Jak już wspomniałem, nie ma jednego konkretnego ustalonego terminu dla rozpoczęcia studiów. Każdy przedmiot zaczyna się w innym terminie. Może oczywiście się zdarzyć, że wszystko co też wybraliśmy zacznie się w tym samym tygodniu bądź w niewielkim odstępie. Jednakowoż konkretnej daty dla wszystkich nie ma. Jedni zaczynają we wrześniu, drudzy nawet w listopadzie.
  • Oczywiście to samo tyczy się zakończenia okresu zajęć. Wiadomo –  im nasz przedmiot zaczął się wcześniej, tym szybciej się skończy. Chyba, że mamy przedmiot, który jest liczony jako roczny, a nie semestralny. Ja mam jeden taki – zacznie się on za parę dni, a zakończy w okolicach czerwca.
  • Punkty za przedmioty. W Polsce jest to udręką kompletną. Przedmiot jest ważny maksymalnie 5 punktów. Zatem, jeżeli uczelnia narzuca nam przedmioty za max. 5 punktów każdy  to mamy ich 6. Gorzej jak mamy je za 3, 2, bądź – o Dio – 1! Tutaj wygląda to zdecydowanie inaczej – przedmiot ma minimum 6 punktów! W moim planie znajdują się dwa po 12, więc do osiągnięcia limitu 30 punktów potrzebowałem  w sumie aż 4, a i tak mam małą nadwyżkę.
  • Tym samym student nie spędza każdego dnia od rana do wieczora na uczelni.
  • Rzecz, za którą pokochają mnie jeszcze bardziej moi polscy wykładowcy 🙂 Zdecydowanie o wiele  luźniejsze podejście do studiów. Oczywiście, nie mówię, że nie zdarzy się profesor, dla którego nawet chrząknięcie to przestępstwo i zamach na jego profesję, jednak są oni tutaj w mniejszości. Z reguły panuje luźne podejście i nawet jeżeli spóźniasz się godzinę na wykład to wykładowca najczęściej przerwie swój monolog, pozdrowi  Cię z uśmiechem i powróci do swojego wykładu jakby nigdy nic.
  • Czas trwania wykładów. Tutaj to dwie godziny. Teoretycznie.  Czasami przecież (albo zawsze) wykładowca się spóźni. A jak się nie spóźni to kończy wcześniej, bo pociąg, bo obiad, bo siesta, albo po prostu już mu się znudziło i martwi się też o kręgosłupy studentów siedzących na nie zawsze wygodnych ławach. A do tego jeszcze jak już chce użyć jakieś aparatury typu rzutnik, to się jeszcze sprzęt popsuje i będzie z 30 minut próbował go naprawić, albo jakoś włączyć, bo przecież on MUSI nam to pokazać. Doliczmy jeszcze pogawędki o czymkolwiek, bądź jakieś ploteczki. Tak to ja mogę studiować! 🙂

To na razie tyle! Widzimy się niedługo i będzie już o wiele bardziej rozrywkowo. A presto!  🙂

Śpiący portier, alarm pod prysznicem, historii trochę i pierwsza festa…

Dziś słów parę o pierwszych przeżyciach w tym niesamowicie zaskakującym mieście. Począwszy od śpiącego portiera, przez labirynt schodów, do festynu z flagami w tle…

IMG_20150916_112441

26 godzin podróży autobusem to jednak dużo. Zrozumiałe zatem, że człowiek po takiej drodze jest nieco zmęczony (delikatnie mówiąc) i marzy tylko o jak najszybszym położeniu się spać . Możecie sobie zatem wyobrazić moje zdziwienie, gdy podjeżdżając pod akademik  (godzina 4:32 nad ranem) okazało się, że portier… smacznie chrapie sobie w samochodzie! Pozostawiony na pastwę losu przez taksówkarza (który jednak początkowo starał się pana portiera jakoś grzecznie obudzić, ale wiadomo – praca wzywa) z dwiema walizkami, stercząc pół przytomnie przed bramą, zacząłem szukać jakiejś możliwości, aby owego portiera przebudzić. Po ponad dziesięciu minutach pełnych krzyków, machania i skakania pozostała mi tylko jedna możliwość – rzucać w auto kamykami z podłoża. No, i po następnych dziesięciu minutach… udało się! (Spokojnie, samochód nie ucierpiał! :D) Pan portier o mało co nie zabił się, wyskakując z auta i  witając mnie, ale to mniejsza… Jak już się w końcu wtoczyłem do swojego pokoju, szybko się rozpakowałem i wiadomo – ciepły prysznic. No to idę sobie pod ten prysznic, wchodzę do kabiny i się zastanawiam, gdzie tu się zapala światło. Patrzę w górę, widzę lampę, obok niej włącznik  (na wysokości 2 metrów!).  Ale z tego włącznika zwisa jakiś sznurek. ,,Jak nic to jest to!” myślę i ciągnę. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy zamiast światła rozległ się… ALARM!! Ja dostałem zawału, więc mogę sobie wyobrazić, co poczuli pozostali lokatorzy, którzy smacznie sobie spali (godzina 5:44). Czekając ze strachem w oczach, aż ktoś przybiegnie mi na ”ratunek” , układałem w myślach sensownie brzmiącą wymówkę. Jednak, gdy po około 3 minutach alarm ucichł i nikt się nie pojawił (a szkoda, bo liczyłem w sumie, że jakiś ratownik przybiegnie ;)), stwierdziłem, że szukam dalej, ale już za żadne skarby nie dotykam żadnego sznurka! Okazało się, że  włącznik jest przed wejściem do kabiny (!!) i, jak to typowe dla Włoch, na wysokości zdecydowanie niższej niż tej, do której byłem przyzwyczajony… Drugiego dnia dowiedziałem się od nowo poznanych ludzi, że nie jestem pierwszy i  zapewne nie  ostatni (oby!) , który zaliczył taką wtopę… ( przynajmniej wyjaśniło się , czemu nie było żadnego ratownika… Pytanie tylko, co jeżeli ktoś naprawdę będzie potrzebował pomocy?).

Jakby tego było mało, gdy kładłem się spać, okazało się, że pościel odbiera się u dyrekcji, a że to była godzina 6:14 w sobotni poranek, to jakże byłem szczęśliwy na myśl, że czekały mnie dwa noclegi w ubraniach. Dyrekcja wiedziała o dacie i godzinie mojego przyjazdu. Ba! Sami mnie zapewniali, że mogę przyjechać o dowolnej godzinie, czy to w dzień, czy to w nocy, i że wszystko będzie gotowe. Jak widać termin ,,gotowy” to we Włoszech płynne pojęcie…

IMG_20150908_133447

Wybrawszy się na samotne zwiedzanie miasta co chwilę wpadałem albo w zachwyt, albo w niemałe zdumienie z powodu napotykanych widoków. Oto jedna z ciekawszych rzeczy jaką udało mi się zobaczyć…

Snapchat-7749565448579230301

Czyż nie wygląda fajnie? 😀 Taka tam mała, drobna, kolorowa rzecz, ale no nie powiem , powoduje uśmieszek na twarzy. Jak miło, że ktoś dba o to by Domcio rączek sobie nie pobrudził. Dziękuję!

Wracając do schodów… Perugia to miasto położone w górach (wprawdzie nie są to jakieś tam tysiączniki, ale no, wspinać się trzeba!). Także człowieczek wspina się na górę i się wspina, a na szczycie co? Schody! No, to człowiek wspina się jeszcze raz, po to tylko by zaraz zacząć schodzić! Cudnie! I po co chodzić na siłownię jak miasto oferuje gimnastykę za darmo?! ISTNY RAJ!

Snapchat--8493283404729042243

A gdy już człowiek wejdzie, zejdzie i tak razy paręnaście, to nagle zdaje sobie sprawę, że sam nie wie, gdzie jest. No, ale właśnie dzięki temu odkryłem bardzo ciekawą ulicę – Corso Bersaglieri. Urokliwa, wąziutka (O, właśnie! Wspominałem już, że prawie każda ulica tutaj  jest bardzo wąska? Podziwiam Włochów za to, że dają radę tu jeździć! Ja wysiadam od samego patrzenia…), oczywiście wspinająca się i kręta! Ale co daje jej takiego uroku? Flaga! A konkretnie całe mnóstwo! Małe, mniejsze, wielkie, większe. Jak się później okazało, flagi wisiały z okazji festynu, który na owej ulicy się odbywał. Wprawdzie flagi wiszą do dzisiaj (jest ich jednak trochę mniej) – może zostały, aby ulica dalej miała swój urok, albo z prostej skłonności Włochów do nie przepracowywania się ;). O resztę dba wiatr, który tutaj jest dość porywisty i częsty.

IMG_20150912_110131

IMG_20150913_000631

IMG_20150913_000847

Zapewniam, że to nie wszystko, co się tutaj dzieje, ale spokojnie – o wszystkim opowiem w odpowiednim czasie 😉

PS: Oto kilka innych, fajnych widoczków 🙂

IMG_20150911_144613

IMG_20150914_131804

Kościół San Ercolano

IMG_20150914_140427

Corso Vannucci – główna ulica w centrum historycznym, prowadząca do Piazza IV Novembre (pol. – Plac 4 Listopada) – miejsce spotkań, nie tylko studentów 😉

IMG_20150916_112504

Piazza IV Novembre 😉

IMG_20150925_181810

po prawej Basilico di San Domenico

IMG_20150922_140746

Historyczna zabudowa centrum

IMG_20150916_121523

Na razie to tyle! Pamiętajcie, aby będąc we Włoszech nie ciągnąc bez powodu  za żadne wiszące sznurki w toaletach, prysznicach etc.

A presto! 🙂