Obalam mity o Chinach (1/3)

styczeń 2017
Kupuję bilety lotnicze do Szanghaju
czerwiec – lipiec 2017
Przygotowuję się do wyjazdu, sporządzam plan ‚must see’ w Chinach
sierpień-październik 2017
Czytam blogi i przeraża mnie to, czego się z nich dowiedziałam
listopad 2017
Wyruszam w podróż, którą zorganizowaliśmy na własną rękę – zestresowana, że być może nie poradzę sobie w tak trudnej rzeczywistości

IMG_4862

Nie powtarzajcie mojego błędu! Do tej pory, to z internetu dowiadywałam się, co warto zobaczyć, o różnych nietypowych zachowaniach danego narodu, oraz praktycznych wskazówek. Tym razem mocno się zawiodłam. Pozwólcie, że odczaruję obraz Chin, z którym zetkniecie się na innych blogach podróżniczych.

MIT 1: W Szanghaju jest dużo ludzi

Brzmi jakbym była wariatką. Szanghaj bowiem, zgodnie z danymi statystycznymi, jest najbardziej zaludnionym miastem na świecie. Wiedząc jakie tłumy napotkałam w 7 mln mieście typu Hanoi, miałam obawy, jak w ogóle będzie wyglądało normalne przemieszczanie się ulicami Szanghaju. Żyje tam aż ok. 10 mln ludzi. Jednakże podczas turystycznego przemieszczania się po mieście, można odnieść zupełnie inne wrażenie. To oznacza, że jeśli chcesz się przemieszczać pieszo pomiędzy głównymi atrakcjami miasta, zapewniam Cię, że zobaczysz na ulicy mniej ludzi, niż w centrum Warszawy. Jedynym miejscem, które prawdopodobnie chciałbyś zwiedzić, gdzie robi się trochę tłocznie, jest Stare Miasto. Bez obaw, jeśli byłeś kiedyś w Watykanie, lub choćby w centrum Pragi, to znaczy, że widziałeś już bardziej zatłoczone miejsca niż Szanghajskie centrum. Jak to się dzieje, że ludzi 10 tysięcy, a ich nie widać? Myślę że po pierwsze, metro jest tak świetnie rozplanowane, że wszyscy dostają się z miejsca na miejsce właśnie tym środkiem komunikacji. Dlatego w każdym momencie dnia to tam spotkasz większą ilość osób. Jednakże nie ma tragedii, unikając godzin szczytu, dasz radę załapać się może nawet na miejsce siedzące. Szanghaj jest bardzo rozległy, może to też jeszcze jeden z powodów, dla których nie widać tak wielu mieszkańców w centrum.

IMG_5063

Jedno z niewielu zatłoczonych miejsc w Szanghaju

MIT 2: W Szanghaju są ogromne korki i nie istnieje kultura jazdy

Korków nie widziałam. Godziny szczytu, weekend, rano, popołudnie, noc – bez znaczenia, o której godzinie postanowisz się gdzieś ruszyć, zawsze dojedziesz bezproblemowo. Samochodów na drodze jest niewiele, a dróg wielopasmowych cała masa. Także spokojnie, Szanghaj to nie Bangkok, a jest mu do niego bardzo bardzo daleko.
Jeśli chodzi o kulturę jazdy, jest zdecydowanie lepiej, niż oczekiwałam. Po prostu należy wytłumaczyć sobie sposób myślenia przeciętnego Chińczyka. Jadę samochodem – przestrzegam przepisów drogowych, jadę rowerem, skuterem, lub czymś podobnym – zasady ruchu mnie nie obowiązują i mogę Ci najechać na stopę, jak się nie odsuniesz.

MIT 3: Przejście wszystkich bramek, dojście do kas i do samego wyjścia na peron jest nie do ogarnięcia i może zająć 3 godziny

Absolutna nieprawda. Być może tak szybko to miasto się rozwija, ale wszystko co się naczytałam o obsłudze, która nie zna słowa po angielsku, o kolejkach do kas, w których stoi się godzinami, a także o innych trudnościach w ogarnięciu się na szanghajskim dworcu nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, którą odbieram na miejscu. Pisząc ten wpis, siedzę w bardzo wygodnym pociągu z Szanghaju do Pekinu. Są różne typy pociągów, jednakże najwięcej jest takich z literką G. To są najszybsze pociągi na świecie, a jedżą pomiędzy wszystkimi dużymi stacjami w Chinach. Oczywiście, nie należą do najtańszych. Jednakże, przyjmując, że w Polsce dało by się bezpośrednio przejechać ponad 1200 km, to myślę, że cena była by podobna. Różnica jednak polega na tym, że w Polsce na taki przejazd mogłaby doba nie starczyć, a w Chinach wystarczy 5 godzin i jest się na miejscu. Warto? No oczywiście, że warto. Na samym dworcu, by zakupić lub odebrać bilety w kasach, trzeba stanąć w kolejce. Ale nie stoi się tam 3 godzin, ani nawet 1, ani nawet pół. Nawet nie stoi się tam tyle, co czasem w kolejkach na polskich dworcach. Po 15 minutach, mamy już nasze bilety na wszystkie pociągi. A obsługiwała nas pani mówiąca po angielsku. Pani w okienku obok też mówiła, słyszałam, że w sumie to nawet z ładnym akcentem, jak na Azjatkę. Dworzec jest duży jak lotnisko. Nie idzie się zgubić, co chwila są strzałki, które wskażą Ci w języku angielskim kierunek, którego poszukujesz. Odjazdy są na drugim piętrze (ichniejsze drugie to nasze pierwsze, ponieważ w Azji nie istnieje parter). Tam trzeba standardowo przejść przez bramki. Jakieś 45 sekund i jesteś po drugiej stronie. Następnie zlokalizowanie swojego peronu – tak do 10 minut. No i jak to jest możliwe, że ogarnięcie formalności mi zajmuje 30 minut, włączając w to przerwę na toaletę, a innym podróżnikom 1-3 godziny?!

MIT 4: W Szanghaju nikt nie mówi po angielsku

Na lotnisku, no nie może być inaczej, mówi się po angielsku, i to sporo… na przykład, gdy ktoś chce Ci zaoferować podwózkę, internet, a nawet wymianę waluty. Na dworcach, stacjach metra wszystkie nazwy stacji i wszelkie inne napisy – w dwóch językach – po chińsku i po angielsku. To samo w innych miejscach: atrakcjach turystycznych, w galeriach handlowych, a nawet nazwy ulic są w obu językach. W restauracjach od razu podają menu w języku angielskim. W mniejszych knajpach czasem trzeba o to poprosić. Wyjątkiem są taxi. Tam dobrze jest pokazać adres po chińsku.

IMG_4895

MIT 5: Taxi kosztują tyle samo, co inne środki komunikacji

Zgadzam się z tym, że taksówki nie są w Chinach przeraźliwie drogie. Za około 45 minut jazdy zapłaciliśmy 150 RMB, czyli z pewnością mniej, niż zapłacilibyśmy w Polsce. Jednakże za przejazd innymi sposobami z pewnością byłaby to kwota o wiele wiele niższa. A podróżować metrem szangajskim naprawdę warto. Stacje wyglądają zjawiskowo, organizacja transportu to prawdziwy majstersztyk.

IMG_5033

Reklamy

Jak przygotować się do samodzielnego wyjazdu do Chin?

Bilety, szczepienia, hotele, wizy, transport, ubezpieczenie, zakupy i instalacje aplikacji – czyli praktyczne info w pigułce 🙂

IMG_4904

Bilety lotnicze

To oczywisty pierwszy punkt planowania wyjazdu. Warto obserwować promocje przewoźników. Na styczniowym „Festiwalu Latania” Qatar Airways zakupiłam bilety do Szanghaju w rewelacyjnej cenie ok. 1100 zł w obie strony. Więcej o tanim lataniu przeczytacie tutaj: „I believe I can fly” by Mila

Warto też już na tym etapie zastanowić się, czy lepiej będzie zakupić bilet powrotny z tego samego miejsca, czy, np. jeśli robicie wycieczkę objazdową, z innego miasta.

Szczepienia

Najlepiej w tej kwestii skonsultować się z lekarzem specjalistą od chorób tropikalnych. Istnieją w internecie także strony, które opisują szczegółowo konieczności szczepieniowe. Jednakże warto zapytać lekarza, ponieważ nawet posiadając niektóre szczepienia, trzeba sprawdzić ich aktualność. Jeśli w przeciągu ostatnich lat byłeś w jakimkolwiek państwie azjatyckim i odbywałeś szczepienia, prawdopodobnie niewiele lub nic nie będziesz musiał dorabiać.

Plan podróży – rezerwacja hoteli

Dlaczego tak wcześnie? A no dlatego, że do kolejnego punktu, ubiegania się o wizę, należy dostarczyć potwierdzenia rezerwacji hoteli. Nie muszą one być opłacone, wystarczą standardowe potwierdzenia rezerwacji, np. z booking.com

Wiza

I tu zaczyna się problem… bowiem konsulat ambasady chińskiej w Warszawie czynny jest jedynie w godzinach 9-11 w poniedziałki, środy i czwartki (warto sprawdzić aktualne godziny na oficjalnej stronie ambasady:….) Na dodatek, jeśli myślisz, że przychodząc o 9, załatwisz wszystko do 10, to się mylisz. Czemu tak jest? Przede wszystkim, przychodzą organizatorzy wycieczek grupowych i załatwiają wizy dla dużych grup i trwa to niebotycznie długo. Po drugie, zdarzają się osoby zupełnie nieprzygotowane, bez wydrukowanej części dokumentów. Tym właśnie sposobem, załatwiając wizę nawet w nieurlopowym sezonie, bo w październiku, przychodząc o 8, docierasz do okienka dopiero po 10:30. I najgorsze jest to, że Tobie jakimś sposobem idzie super sprawnie i po chwili może podejść kolejna osoba. Co do wymaganych dokumentów, to przede wszystkim rozległa dość aplikacja o wizę z przyklejonym zdjęciem i potwierdzenia rezerwacji hoteli. Listę dokumentów znajdziecie na stronie ambasady….Uwaga! Nie piszą tam o ksero paszportu, który można zrobić na miejscu za dodatkową opłatą… ale po co tracić pieniądze oraz czas swój i innych oczekujących? Przynieść już ksero ze sobą. Wielkość opłaty za jednorazowy wjazd na 10.2017 wynosił 260 złotych. Dostajecie kwitek gdzie i w jakiej wysokości zrobić przelew, a po tygodniu przychodzicie z potwierdzeniem przelewu i dostajecie paszporty z wizami. Znów jest to dość mozolne… chyba, że wbijecie się uprzejmie przed jedną z osób, która przyniosła znów kilkadziesiąt paszportów do podbicia wizy, lub poprosicie ją o dołączenie i Waszych paszportów do jej puli.

IMG_5576

Plan poruszania się międzymiastowego

Chodzi tu o to, abyście zaplanowali wszelkie przejazdy/przeloty między miastami, w jakich planujecie się znaleźć podczas pobytu w Chinach. Przemyślcie dobrze wszystkie rozwiązania. Na stronach z możliwością wykupienia biletów opisane dokładnie będą różne możliwości przejazdów. Są pociągi szybkie i wolne, drogie i tanie. Czasem są nawet tak drogie, że warto rozważyć opcję przelotu zamiast przejazdu. Najważniejsze jest to, że musisz zdecydować czy: a) kupujesz bilety na stronie pośrednika – wtedy jest drożej, ale masz 100% pewności, że będziesz miał miejsce na interesujący Cię pociąg b) kupujesz bilety na dworcu – wtedy musisz zanotować kilka możliwości przejazdowych,  bo czasem się okazuje, że na wybrany pociąg nie ma już miejsc. Tuż przed zakupem w kasie na dworcu możesz jeszcze sprawdzić najaktualniejsze dostępności miejsc na jednej ze stron pośredników.

Ubezpieczenie

Wykup ubezpieczenie – nigdy nie wiesz, co Cię może spotkać. Szczerze? Jeszcze nigdy nie skorzystałam. Stąd mój wybór pada na firmę, która oferuje najtańsze ubezpieczenie. Ostatnio była to Warta.

Szczegółowy plan podróży

Warto sprawdzić wcześniej jakie są opcje dojazdów do różnych miejsc, które Was interesują. Szczególna uwagę przyłóżcie do tego, aby sprawdzać jedynie aktualne informacje i potwierdzać je w różnych źródłach.

Zakupy

Co warto zabrać?

-Carex – mydło bez użycia wody – w wielu chińskich toaletach nie ma mydła-(możesz też kupić na miejscu) dużo chusteczek lub papieru toaletowego – w wielu chińskich toaletach nie ma papieru

-Mugga lub inny środek owadoodstarszający z dużym stężeniem DEET –  odstarsza komary, które przenoszą malarię

-scyzoryk – koniecznie spróbuj azjatyckich owoców! Nóż może być wtedy niezbędny

Instalacja aplikacji

-maps.me – absolutny must have! Działa bez internetu

-pleco – translator angielsko-chiński

-way go – translator chińsko – angielski (odczytuje chiński alfabet za pomocą aparatu)

-express vpn – żeby mieć google, facebook, instagram i inne amerykańskie srony i apki

-Czasem Vpn zawodzi, wtedy można się wyposażyć w WeChat – ichniejszy komunikator, który może umożliwić Ci pozostanie w kontakcie także z bliskimi w Polsce, którzy ją zainstalują-dla nadgorliwych

– wszelkie apki z rozkładem metra w danym mieście

IMG_5560

Tam, gdzie czas się zatrzymał

Gdy mowa o głównych atrakcjach turystycznych, wyobrażamy sobie piękne miejsce, w którym roi się od turystów, a wszystkie drogi prowadzące do niego są oznakowane ogromnym drogowskazem. Prokosko w tym rozumieniu stanowi wyjątek, a właściwie to cała Bośnia nim jest.

IMG_2012

Pierwszą samochodową wycieczkę planujemy na trzeci dzień naszego pobytu w Sarajewie. Pierwsza niespodzianka trafia się nam już na starcie. Na przystanku nie ma rozkładów jazdy autobusów, a po auto musimy być o 8 na lotnisku. Podana w necie godzina odjazdu już dawno minęła, a czas nas goni… tik tak. Szukamy drogi tramwajem… tik tak. Nic nie przyjeżdża, co w jakikolwiek sposób dowiozło by chociaż do połowy drogi. Tik tak… po 5 min udało się złapać Taxi. Liczymy zapłacić jakieś 3 razy więcej niż za busa, ale… o dziwo- płacimy jeszcze mniej niż za autobus! Wypożyczamy Suzuki Swifta za kwotę 510 KM czyli najtańszy pojazd z pełnym ubezpieczeniem, dodatkowym kierowcą i zwrotem po 3 dobach w Mostarze. 

Niczym sardynki upakowujemy się do środka i ruszamy do Mostaru okrężną drogą, aby po drodze zobaczyć Travnik i Prokosko. Do pierwszego dojeżdżamy pół godziny później, niż zamierzaliśmy w skutek gubienia się GPS i ominięcia autostrady. Jednak nie zrażamy się, bo oto naszym oczom okazuje się wzgórze, na którego szczycie znajdują się okazałe ruiny zamku. Samochodem podjeżdżamy praktycznie pod samo wejście. Mimo, że nie spędzamy tu dużo czasu, to warto było zajrzeć choćby dla widoku miasteczka.

IMG_1974

Jeszcze przed dalszą drogą pijemy kawę bośniacką za 2 złote i relaksujemy się z widokiem na zamek i rzeczkę płynącą obok. Jeszcze nie wiemy, że ta chwila oddechu będzie nam bardzo potrzebna…

Stąd do Prokosko jest jedyne 50 km. Google pokazuje podejrzanie 1,5 godziny, jednak drogi są tu kręte i dziurawe- przyjmujemy że tak po prostu musi być. Mija godzina i wydaje nam się być blisko celu, wjeżdżamy w las. Beton zamienia się w żwir, a potem w typową leśną dróżkę. Chwilę później owa ścieżka zostaje usłana kamieniami. W 5 osób, z ciężkimi bagażami zaczyna się robić trochę nieciekawie. Mija 30 minut a my wciąż nie u celu, a kiepska droga mocno nas spowalnia i wytrzęsa. Co jeszcze dziwniejsze, nikt nas nie mija. Zbłądziliśmy, na pewno jest inna droga- stwierdza czwórka z nas sprzeciwiając się upartemu koledze, który ufa nawigacji w swoim telefonie. Średnio chce mi się na tej drodze zawracać, skoro aż tyle przejechaliśmy, obawiam się, że powrót przyprawiłyby mnie o mdłości. Wreszcie widzimy człowieka. Z uprzejmością potwierdza, że dobrze jedziemy- Prokosko w tamtą stronę, ciągle tą samą drogą. Wspaniale! No to jedziem… i jedziem… i tak dalej kolejne 30 minut spędzamy na kamienistej drodze, kilkukrotnie zahaczając podwoziem o podłoże. 

Tam gdzie czas sie zatrzyma_

Pasażerowie wysiadają w najtrudniejszym odcinku, aby usuwać kamienie z drogi. W międzyczasie mijamy 2 „skrzyżowania”, a „drogowskazy” pokazują nam kierunek. Nawet po drodze jeden znak ludzkości- na jednym polnym rozdrożu stało auto z głośną muzyką, wyglądali tak, jakby czekali na drugie, aby wspólnie poimprezować i zjeść grilla. Kiedy zrezygnowani poważnie zaczynamy myśleć o powrocie, napotykamy stojącego busika. Kierowca okazuje się być także turystą, który zaplanował spanie w namiotach nad jeziorem Prokosko, jednak zatrzymał się, bo kawałek dalej droga staje się nie do wytrzymania, a kamienie nie przestają uderzać w podwozie. Pytamy nieopodal pracującego mężczyznę czy to jedyna trasa do naszego celu-tak. Turysta postanawia zawrócić i poszukać kogoś, kto by dowiózł jego rodzinę jakimś Jeepem. Jako kierowca musiałam podjąć decyzję, co z nami… ryzykownie, niepewnie, ale nie widząc innej możliwości – powiedziałam, że jedziemy dalej. Już tylko 13 km. Mogliśmy zostawić auto i iść pieszo, jednak nie byliśmy pewni drogi z Prokosko do Mostaru. Zresztą standardowo… tik tak… o 21 mamy się zameldować w hotelu. A jest już 15:30… tik tak. I tak kolejną godzinę spędzamy wchodząc i wjeżdżając pod górę… Ja za kółkiem 10 km/h, a reszta 2 km na nogach, 3 km w aucie, 2 km na nogach, i znów w aucie… i tak na szczyt przez około godzinę. Na wąskiej drodze mija nas kilka Jeepów i jeden bus. 

Tam gdzie czas sie zatrzyma_ (1)

O 16:30 wreszcie widzimy wioskę i jezioro. Krótka przerwa dla fotoreportera. Widoki wraz ze zbliżaniem się do centrum celu stają się coraz bardziej zniewalające. Jeszcze bardziej atmosfera! IMG_2044

Miejscowi oglądają się za nami, coś komentują, być może dlatego że auto parkujemy pod czyjąś drewnianą chatą. Tam gdzie czas sie zatrzyma_ (2)

Wszystkie tu są drewniane, a liczne zwierzątka- kozy, owieczki, krówki chodzą wolno. Zdaje się, że świat o tej wiosce zapomniał, a oni, samowystarczalni zatrzymali się na poziomie kilkuset lat wstecz, w dolinie, gdzie każdy każdego zna i od czasu do czasu pojawiają się turyści dostarczający im trochę zarobku. 

IMG_2057

Rozkoszujemy się widokiem jeziora. Trwa to tylko chwilę, bo tik tak…

Wygląda na to, że możemy zjeść coś u Pani, przy której gospodarstwie zatrzymaliśmy samochód. Trochę po angielsku, trochę polsku i trochę bośniacku dogadujemy się, że chcemy zapiekaną pitę z ziemniakami i drugą z serem. Czekamy pól godziny na wypiek, podczas którego wnuczka właścicielki przynosi nam po batoniku i trochę wody ze studni. Obiad okazuje się pyszny, no i przede wszystkim swojski i świeżo wypieczony. 

Tam gdzie czas sie zatrzyma_ (3)

Ściskamy panią babcię, dajemy dziewczynce mały polski drobiazg i ruszamy w drogę do Mostaru. 

Tam gdzie czas sie zatrzyma_ (4)

Konieczne jest częściowe cofnięcie się poprzednią drogą. Nawet skręcając, wciąż pozostajemy na leśnej wyboistej drodze, a na asfalt wjeżdżamy po 2 godzinach. Do hotelu dojeżdżamy jakoś między 23 a 24. Właściciel AppLine Apartments jest miły i absolutnie nie robi problemów w związku z naszym późnym przyjazdem. 

Cóż… Prokosko okazało się dla nas piękne, a pobyt zbyt krótki- trzeba tam wrócić z Jeepem i ekipą filmową 😊

IMG_2002IMG_1995

City Break na każdą kieszeń

… czyli o miejscu, w którym piwo jest tańsze od wody, turystów jest tylu, co w Rzymie oraz jada się tyle ile na święta – czeska Praga.

107_mg_9856

Dostajemy się tu w promocyjnej cenie Polskim Busem za 35 złotych od osoby w obie strony. Fakt, że nie dojeżdża on do ścisłego centrum miasta może być dla niektórych minusem, jednak to dla nas właściwie jedyna możliwość wypróbowania komunikacji tutejszym metrem. Jedzie się szybko, komfortowo, tanio i przede wszystkim – prawie pod sam nocleg w pobliżu ścisłego centrum Pragi, czyli Apartments u Staropranemu. Mimo że w Internecie pokój wyglądał na mało przytulny i raczej mały, to na miejscu czeka nas miłe zaskoczenie. Sympatycznemu mieszkaniu niczego nie brakuje, jest ładnie, czysto, jedynie około 1-2 km od głównych atrakcji i zabytków. Szczerze polecam je parom i grupom przyjaciół. My wybraliśmy się w czwórkę i zapłaciliśmy 180 złotych za noc. Pani odpowiedzialna za nasze zameldowanie wskazała nam rożne sposoby dostania się w rozmaite miejsca, które mogły nas zainteresować.

014_mg_9664

Tym sposobem po chwili odpoczynku wyruszamy na wieczorny spacer po Pradze. Udaje nam się zobaczyć tańczący dom będący ikoną współczesnego designu w architekturze europejskiej, kolorowe jarmarki świąteczne, na których zakupić można pamiątki, grzane piwo, a także tradycyjnego kołacza oraz klimatyczne stare miasto. Zwiedzanie nie było by stuprocentowo dokonane, gdyby nie skosztowanie tutejszych przysmaków, dlatego na kolacje wybieramy się do Mlejnice na kapuśniak i talerz mięsny z knedlami, a do tego najtańszy w menu napój, czyli piwo.

028_mg_9693

Drugi dzień rozpoczynamy od słodkiego czeskiego śniadania w postaci rożnego rodzaju nadziewanych bułek . Start dzisiejszego podboju miasta ma miejsce przy ścianie ku czci Lennona, czyli właściwie kawałka muru z kolorowymi graffiti, zawierającymi głownie hasła z piosenek artysty. Idealny punkt na foto-przystanek.

056_mg_9736

Następnie wyruszamy pod górę, aby zobaczyć główne, najczęściej odwiedzane zabytki. Już po drodze, przechodząc sławnym, rzeczywiście urokliwym Mostem Karola czy przechadzając się obok kościołów świętego Mikołaja i Tomasza, wydaje nam się tłoczno, jak na sąsiedzki kraj. Tym bardziej o tej porze roku widok tylu ludzi jest dla nas lekko szokujący. Okazuje się to jednak być niczym w stosunku do kolejek w okolicach Zamku, a jeszcze bardziej do Katedry świętego Wita. Od razu przychodzą mi na myśl tłumy oczekujące na wejście do Bazyliki w Rzymie! Uwierzcie mi, że w być może niepozornej Pradze turystów było niewiele mniej! I właściwie to wcale się nie dziwię – widok potężnej budowli, zarówno na zewnątrz i wewnątrz wywiera ogromne wrażenie. Gotycka strzelistość wież, witraże i ornamenty zdobiące okna, a także unosząca się atmosfera duchowości i tajemniczości. Chwila zatracenia się w takim nastroju oczywiście nie trwa długo- jedynie tyle, na ile możesz zapomnieć o tym ze obok ciebie poruszają się tłumy innych zwiedzających. Po tym wszystkim warto obejrzeć jeszcze klasztor świętego Jerzego i Złotą Uliczkę, do których wstęp wykupić można od razu w pakiecie biletowym.

W Pradze sporo jest miejsc, w których można dobrze zjeść. Jednak niewiele z nich serwuje tradycyjną czeską kuchnię. Spośród bardzo krótkiej listy, na dzisiejszą kolację wybieramy restaurację Stare Casy. Z menu zamawiamy oczywiście piwo, a poza tym na naszym stole ląduje również zupa gulaszowa w pysznym chrupiącym pieczywie oraz tradycyjny czeski gulasz. Obie pozycje smaczne, niedrogie, ale – rzecz jasna – bardzo kaloryczne i ciężkie. Całe szczęście, spalenia nadmiaru kalorii dostarcza nam nocny spacer, podczas którego można podziwiać pięknie oświetloną Pragę – niezapomniany, bardzo fotogeniczny widok!

093_mg_9828108_mg_9857

 

Romantycznie, etnicznie, fotogenicznie…

…czyli o odsłonie Wietnamu, która zaskoczy niejednego podróżnika! Przenieśmy się więc na północ, w okolice pięknego miasta Sa Pa. Tu odpoczniecie od azjatyckich upałów, a także poznacie z lekka inną odsłonę wietnamskiej kultury.

IMG_3998.JPG

Podróż rozpoczynamy, oczywiście jakże by inaczej, od najlepszej kawy na świecie o aromacie czekoladowo-waniliowym, gęstej konsystencji, słodzonej skondensowanym mlekiem – istny smakowy raj! Filiżanka pusta? No, to w drogę!

Droga wiedzie, rzecz jasna, przez górskie, więc przepiękne, ale niebezpieczne tereny – nad licznymi przepaściami. A dla osób nieprzystosowanych do wąskich ulic i specyficznych przepisów drogowych (czyli ich braku) już sama taka przejażdżka może okazać się niemałą przygodą, zapierającą dech w piersiach – z zachwytu i ze strachu. Nadmiar wrażeń? Nie ma problemu! Przecież zawsze można się zatrzymać – wskazany jest odpoczynek dla nas, a także dla samochodu (o tym dlaczego auto musi odpoczywać przeczytacie TU)… Oczywiście, stop ma miejsce także nad przepaścią, na zakręcie 😀 Już tu zauważyć można charakterystyczne stroje mieszkanek tego rejonu. Kupujemy od nich uprażoną, wędzoną nad ogniem kukurydzę i jedziemy dalej – pod górę.

img_4105

Po jakimś czasie dojeżdżamy na miejsce… i nagle zapominamy o zmęczeniu czy zawrotach w głowie. Widoki cudowne, hotel przytulny, z dużą ilością zieleni, motyle latają nad naszymi głowami, a powietrze… górskie świeże powietrze – chłodne powietrze! Cóż to za ulga po spędzeniu tylu poprzednich dni w upałach czterdziestu-paro stopniowych! Aura jest sprzyjająca, z pewnością każdemu się spodoba, ale moim zdaniem – szczególnie polecana na romantyczny wypad. Kolacja w postaci sushi-spring rolls na tarasie z widokiem na góry w chmurach i przepiękny zachód słońca ♥. A na deser smoczy owoc, mango, a może nawet coś mocniejszego, na przykład wódeczka ryżowa na tarasie piętro niżej – huśtanej ławeczce wśród kwiatów. A na zakończenie dnia spacer nocny po miasteczku…

No i tu się robi mniej romantycznie – za to bardzo rozrywkowo! Mimo że znajdujemy się w niewielkiej miejscowości, późnym wieczorem tętni ona życiem. Dzieci, młodzież, dorośli, w tym niewielka ilość turystów bawią się wspólnie w centrum najnowszymi zabawkami przybyłymi z Chin, spacerują, tańczą, jeżdżą na deskorolkach, grają w gry zespołowe, kupują pamiątki na licznych bazarach.

DZIEŃ 2

Dziś zdobywamy najwyższy szczyt Wietnamu! Jest to Phan Xi Păng (w przyjaźniejszej dla zagranicznych wersji: Fansipan) o wysokości 3143 metrów n.p.m. Pierwsza myśl zapalonego podróżnika? Zdobywamy szczyt bez pomocy kolejek górskich i innych ułatwień. Ale ta myśl szybko została zrównana z ziemią, bowiem dowiedzieliśmy się, że przebycie tej trasy jest szaleńczym wyzwaniem, wręcz targnięciem się na życie – o czym już niejeden zdołał się przekonać. Czym innym byłaby wyprawa w kwietniu rozłożona na 4 dni – ta opcja już należy do wykonalnych 😉 Jednakże my posiadając jeden czerwcowy dzień, wybieramy dopiero co wybudowaną kolejkę. Jest ona bardzo nowoczesna, same stacje – początkowa i końcowa – prezentują się okazale – jak część pięciogwiazdkowego hotelu. Obsługa jest uśmiechnięta i sympatyczna, posługuje się językiem angielskim (!). Ta atrakcja ewidentnie nie jest kierowana do Wietnamczyków, nie tylko ze względu na europejskie standardy, ale przede wszystkim na europejską cenę – około 30$ za przejażdżkę na osobę w obie strony. Dobrze, w takim razie wsiadamy – kabina jest bardzo duża i przyjemnie sunie wśród chmur nad górami.

img_3947

Widoki są po prostu nieziemskie – las deszczowy i bambusowy, rzeczki, schodkowe pola ryżowe – coś wspaniałego ♥.

img_3944

Po około 20 minutach docieramy na szczyt – a właściwie to tak nam się wydaje, ale po raz kolejny mamy niespodziankę… a nawet dwie!

img_3956

  1. Jest zimno (około 10-13 stopni).
  2. Do szczytu jeszcze jakieś 700 metrów… droga jest jedyna – schody (ilości schodów nie znam, przestałam liczyć po jednej z kolejnych setek, więc stawiałabym na około 1000 – w internecie wypowiedzi są mocno rozbieżne – niektórzy twierdzą, że jest 600, a niektórzy że 10 000!

Oczywiście, udaje nam się dotrzeć – zresztą w myśl wietnamską – nic co wartościowe, nie jest łatwe do zdobycia! Polecam szczerze wyprawę w okolice Sa Pa i przekonanie się na własnej skórze jakie atrakcje oferuje 😉

Na weekend do Budapesztu

Miasto, które ogromnie mnie zaskoczyło swoją fotogenicznością, ilością zabytków, ich zadbaniem, oraz ogólną atmosferą to właśnie Budapeszt. Przeczytajcie jak udało mi się obejrzeć główne atrakcje w ciągu niecałych 2 dni.

030_mg_8500

Wraz z grupą przyjaciół wyruszamy w drogę na Węgry. Startem naszej podróży jest główna stacja autobusowa w Krakowie. Trasa, która z lekkim wydłużeniem czasowym, trwa troszkę ponad 7 godzin, okazuje się cudownie malownicza – góry Polski i Słowacji to cel, do którego warto z pewnością wybrać się na osobną, nieco dłuższą wycieczkę! Bilety do Budapesztu zakupiliśmy w promocji Lux Express około półtora miesiąca wcześniej i wyniosły nas po 55 zł w obie strony za osobę. Cena bardzo korzystna biorąc pod uwagę konkurencyjne firmy, a także komfort autobusu, w którym można napić się kawy czy herbaty, bądź obejrzeć jeden z najnowszych filmów na indywidualnym tablecie przed siedzeniem.

016_mg_8476

Wysiadamy sporo poza centrum, bo przy stacji metra Nepliget. W najbliższej okolicy, niestety, nie znajduje się żadne WC, co dla niektórych stanowi kiepską wiadomość. W podziemiach stacji zakupujemy bilet „transfer ticket” za trochę mniej niż 600 forintów (8 zł), aby po 8 przystankach jazdy starym, zniszczonym i mocno kołyszącym metrem przesiąść się w autobus. Bagaże zostawiamy w „Island Hostel” (warto sprawdzić opinie na booking – moja ocena 6,3 ) na Wyspie Małgorzaty i ruszamy na miasto.

121_mg_8671

Program zwiedzania obejmuje kolejno:

  1. Parlament – potężny budynek położony na Dunajem, symbol Budapesztu. Został wzniesiony na początku XX wieku w stylu neogotyckim.080_mg_8577
  2. Pomnik wojny sowieckiej – znajduje się na Placu Wolności, upamiętnia wydarzenia z końca II Wojny Światowej, kiedy Armia Czerwona wkroczyła na ziemie węgierskie.148_mg_8738
  3. Bazylika św. Stefana (również wewnątrz) – największy kościół w Budapeszcie, poświęcony pierwszemu królowi Węgier. Zbudowana w stylach neoklasycystycznym i neorenesansowym.152_mg_8744
  4. Operę (również wewnątrz) – szczególne wrażenie robi wieczorem, podświetlona, kiedy przychodzą widzowie. Wewnątrz udekorowana rzeźbami i dziełami malarskimi.002_mg_8841

Odwiedzenie powyższych zabytków jest darmowe, a ścieżki pomiędzy tymi miejscami są równie ładne i ciekawe. Powyższa trasa mierzy niecałe 2,5 kilometra, także wolnym, „fotograficznym tempem”, przeszliśmy ją w 3 godziny.003_mg_8864

A zakończyliśmy posiłkiem w niedrogiej restauracji Frici Papa, gdzie można zjeść dania główne w cenie do 1500 forintów.

004_mg_8879

Jako idealne zwieńczenie piątku – relaks na naszej wyspie, czyli podziwianie fontanny multimedialnej (te polskie nie umywają się do niej) oraz drink z widokiem na Dunaj.068_mg_8556

Kiedy z zapakowanymi wszystkimi bagażami, wyruszamy około 9:00 kolejnego dnia, nie zdajemy sobie jeszcze sprawy z tego, że ukształtowanie terenu drugiej połowy miasta, będzie nam płatało figle… I nie tylko to….

Bowiem już na samym początku, okazało się, że na najbliższy tramwaj wodny, którym chcieliśmy się przemieścić, będziemy musieli czekać godzinę. Momentalnie zamieniamy środek transportu na nasze nogi. 3 kilometry nie wydają się szczególnym wyczynem. Jednak z ciężkimi torbami i w upale nieco ponad 30-stopniowym, pozwalamy sobie w trakcie na przerwę kawową. Na ten napój w pierwszej lepszej kawiarni w centrum wydajemy około 7 złotych za duży kubek (czyli porównując ilościowo i jakościowo do polskich warunków – w Budapeszcie płacimy troszkę mniej).092_mg_8599

No i… idziemy dalej. Nasz „zero-budget” plan na ten dzień wygląda tak:

  1. Baszta rybacka – miejsce najczęściej pokazywane na pocztówkach z Węgier, baszta neoromańska postawiona w miejsce murów królewskich strzeżonych kiedyś przez rybaków. Trzeba pokonać trochę schodów, ale ostatecznie widoki piękne, a same mury zadbane i robią duże wrażenie010_mg_8898012_mg_8904
  2. Zamek Królewski i jego ogród – kolejna atrakcja, którą aby zobaczyć, należy pokonać serpentynową trasę pod górę, lub wjechać zabytkową kolejką. Ogród znajduje się tuż obok, choć niewielki, warto na chwilę nacieszyć wzrok.015_mg_9021
  3. Cytadela na Górze Gellerta – i znowuż trochę pięter do przebycia… dosłownie, bo większość ścieżki na ten niewielki szczyt 235 m to głównie schodki. Na początek fotka z mini-wodospadem, a potem… w drogę! Rada jest taka – wchodźcie szybciutko, a odpoczynek będzie na samej górze, bo ten widok zapierający dech w piersiach nie będzie chciał ci pozwolić wrócić na dół.

Trasa pomiędzy tymi miejscami wynosi około 3,5 kilometra, także licząc ze zwiedzaniem, na wszystko potrzebujecie około 4 godziny. 107_mg_8635Z tak dobrym tempem udaje nam się jeszcze zjeść obiad typu fast food za około 6 zł na osobę, zrobić zakupy na małe co nieco na drogę i odpocząć. Do Krakowa, a potem Łodzi wracamy pełni wrażeń i zachwyceni cudownym Budapesztem.

PS. Pięknie dziękuję Kamilowi i Mateuszowi za współtworzenie powyższej fotorelacji 🙂

Top/bottom 10 of Vietnam (2/2)

W myśl świadomego podróżowania dziś przedstawiam te negatywne aspekty Wietnamu!

11420013_991290210911297_79189124_n

(Jeśli ominąłeś tekst o pozytywnych aspektach – znajdziesz go TUTAJ ;))

  1. Przesądy

To jest temat, o którym z pewnością jeszcze Wam opowiem, bo jest o czym! Póki co napiszę jedynie w ramach wstępu, że główna idea, jaką należy zrozumieć, to że dla Wietnamczyków jest to absolutna norma, codzienność. Przesądy towarzyszą im od dawien dawna i zdecydowana większość obywateli tkwi w głębokim przekonaniu, że kierowanie się przesądami, przyniesie im dużo szczęścia i pieniędzy. Dlatego, podczas dobierania współmałżonka i daty ślubu konsultują się oni zawsze z wróżbitą.  Do moich „ulubionych” przesądów należą też:
* do zdjęcia nie mogą pozować 3 osoby, bo jedna z nich umrze wkrótce;
* jadąc gdzieś na dłuższą wycieczkę musimy wyjechać o „dobrej godzinie”, gdy wskazówka minut jest przed 6-tką na tarczy zegara (np. 10:15, 18:25, 9:01), natomiast wracając skądś musimy wyruszyć, gdy wskazówka minut jest za 6. (np. 10:45, 18:35, 9:50).

  1. System…

Ponieważ termin mojej wizy kończy się za kilka lat, a ja chcę aby tak zostało, to napiszę jedynie tyle, że zostałam wychowana w Polsce po roku 1989, więc w kraju demokratycznym. Nie wyobrażam sobie przeprowadzki na stałe do Wietnamu właśnie z tego powodu. Pomimo, że sytuacji w Wietnamie pod żadnym kątem nie da się porównać do czasów polskiej republiki ludowej w  ubiegłym wieku – ponieważ dla obserwatora wszystko wygląda normalnie, a nawet bardziej nowocześnie, niż krajobraz Polski w 2016 roku – to mimo wszystko panuje zachowanie głównej idei.

  1. Tłum ludzi008_U2B8437

Znowu bardzo subiektywnie. Zdecydowanie pod tym kątem uwielbiam Norwegię, cisza jak makiem zasiał, spokój totalny. Zaś w zwyczajne popołudnie w pierwszym lepszym hipermarkecie w Hanoi ludzi jest 2 razy tyle, ile w naszych najbardziej popularnych centrach handlowych w okresie świątecznym! Tłum widać również w ruchu ulicznym. Aby więc przejść „bezpiecznie” przez ulicę – choćby na pasach – trzeba iść pewnym krokiem, machając w stronę poruszających się pojazdów, aby na pewno nas zauważyli, nie przejmując się, że przed nami i za nami nieprzerwanie pędzą skutery, rowery i auta.

wykres.jpg

ile ludzi zamieszkauje miasta VN, a ile w innych w Europie

  1. To jest drogie, a to jest tanie

Czyli irracjonalizm w zróżnicowaniu cenowym. Generalnie, większość rzeczy w Wietnamie jest tania. Jednak jest kilka produktów, które wydają się zdecydowanie nieadekwatne do zarobków przeciętnego Wietnamczyka. Droga jest np. edukacja. Powoli się to zmienia, jednak prywatne lekcje na poziomie szkoły wyższej to koszt kilkakrotnie większy, niż w Polsce. Kompletnym absurdem są także samochody. Ceny podobne jak w Polsce, czasem trochę droższe. Przeciętny Polak rzadko kiedy może sobie pozwolić na zakup nowego auta, a co dopiero Wietnamczyk!

  1. Gadżeciarstwo

Nie chodzi o to, że jest to złe, ale po prostu tego nie rozumiem. Wszędzie iPhony, drogie marki słuchawek i inne drobne bardzo drogie gadżety. W mieście widok nie razi, ale jeśli jesteś na wsi, lub w domu na tratwie na morzu i widzisz rodzinę z iPhonami w dłoniach – nie da się nie zdziwić.

  1. Po „cichu”

Mam na myśli to, że praktycznie w każdym przypadku można się „dogadać” np. aby uniknąć mandatu, zostać przyjętym do lekarza bez kolejki, zagwarantować dziecku pobyt w renomowanej szkole. Niby dzieje się tak wszędzie na świecie, w Polsce również. Jednak tam nie jest traktowane to jako przypadek, a raczej jako norma. W związku z tym wyobraźcie sobie, co się dzieje, jeśli ktoś nie wyjmie z kieszeni pieniędzy, a potrzebuje szybkiej pomocy lekarskiej, bądź jeśli dziecko jest geniuszem, ale ma biednych rodziców… Bardzo to smutne.

004_U2B7745

  1. Biedny i bogaty

Różnice pomiędzy klasami społecznymi są ogromne i widać to gołym okiem. W zasięgu wzroku można dostrzec osobę bardzo bogatą oraz osobę zarabiającą te 100 $ miesięcznie.

006_U2B7864

wszystkie 3 fotki wykonane w Hanoi

  1. Miejsce święte i…

Opakowanie ciasteczek, zgrzewka puszek Coca Cola, plik banknotów – tak, również taką formę przybierają ofiary w świątyniach.

  1. Przebicie na turystach

Jeśli sprzedawca widzi Europejczyka, automatycznie podaje mu cenę kilka razy wyższą od tej standardowej. Niesprawiedliwe, ale w sumie zrozumiałe… skoro można zarobić, trzeba korzystać.

  1. Chanel, DG, Versace i inne

    007_U2B7880

    w tym centrum handlowym młodzi mężczyźni otwierają przed Tobą drzwi

Jest szał na znane marki. Oczywiście do tego stopnia, że każdy nosi coś z napisem Versace, czy inną znaną firmą. Dlatego wydaje mi się to absurd. Jednak ogółem Wietnamczycy lubią pokazywać, że są bogaci, nawet jeśli tak nie jest. Szał ogarnął stolicę do tego stopnia, że w weekendy w centrum Hanoi (a przynajmniej w wakacje, nie wiem jak to wygląda w ciągu roku) odbywa się targ, gdzie można kupić portfele, torebki, ciuchy i paski w wyjątkowych (jeśli wiecie, co mam na myśli) cenach.

Podsumowując wietnamski zbiór „top/bottom 10”: minusy było mi znacznie trudniej sobie przypomnieć, niż plusy – może dlatego, że naprawdę kocham moją drugą ojczyznę i już nie mogę doczekać się, kiedy znów tam się pojawię. Zachęcam więc wszystkich, aby na własnej skórze przekonali się jaki jest Wietnam i zbudowali własne „top/bottom 10” 😉