The crazy, touching, beautiful week of 19 – 25th March


No more mattress lying in the center of my little tiny Norwegian room. No more cosmetics, in a much greater amount than needed for one weeks’ trip, piling up on my only desk. No more Russian cigarettes on the balcony, stored in a cup serving as ashtray. No more “Adzia, my hair looks shity today” as the best morning alarm clock ever. Volda is rainy, I have a runny nose. She is not here. We are both crying out of the unbearable emptiness.




It has been a crazy week. In fact, mad is the better word to describe it. Started on Friday and finished at exactly 7:55 on the Thursday morning. Nothing was planned before. I had too much stuff going on at the university that I didn’t manage to make any arrangements. But… as things turned out – the best plan is not to have any plan. I think, I cannot exactly recall what have we been doing during every day, cause each of them was so intensive that after Saturday everything became a one big surreal adventure. In general, our days were filled with five basic activities: partying, sleeping, eating and taking selfies. We have been to Kitchen Party, Oscar Party, Room Party, Wine Party, Movie Night Party, Weed Party etc. We have changed our sleeping routine, switched to night shifts – going to bed at 7 a.m. and getting up at 14 p.m. We have tried definitely too many different cuisines this week. French rarities, self-made sushi, Marias’ pizza, salmon tortillas, after-hangover pancakes, rainy grill just a few to mention. We have visited the beach (yes, there is one in Volda) and made the funniest videos ever, pretending to be sitting at the pier in the Bahamas. Made things too weird and awesome, at the same time, to be able to write about. And selfies… How many of them have we taken? This goes definitely beyond my mathematical abilities. We have drunk some amount of alcohol (kiwi wine+whisky+beer) that you can’t even call normal, but unexpectedly had a nice, pleasant taste. Hmmm… the magic of Volda!



Warm hugs to Magdalena for coming to me and enormous kisses to all people who made this week as crazy as possible. Let us all be proud of ourselves!
– A. from peaceful Volda

Jolien&Valentin

Ta dwójka uśmiechniętych ludzi na zdjęciu to również studenci Volda University College. Tak, jak ja i reszta Erasmusów wybrali Norwegię jako kraj na swoją wymianę studencką. Tak im się tutaj spodobało, że postanowili zostać na dłużej. Jolien pochodzi z Belgii i spędziła na uczelni już cały pełny rok. Valentin z Rumunii ma zdecydowanie dłuższy staż – to już jego czwarty rok w Voldzie. Zadomowili się tutaj na tyle, że postanowili zacząć uczyć się języka norweskiego (i bardzo dobrze im to wychodzi, bo mogą już uczestniczyć w zajęciach dla „miejscowych”). Zaangażowali się w prowadzenie Pangai – miejsca spotkań wszystkich zagranicznych studentów, Erasmusów i Internationalsów. Ich biuro znajduje się w głównym budynku uczelni, Berte Kanutte. I jest czymś znacznie więcej niż tylko miejscem do załatwiania papierkowych spraw związanych z przyjazdem i pobytem tutaj. Działają zazwyczaj od 10 do 16 (czasem nawet dłużej) i są zawsze „pełni” ludzi. Każdy chętnie tam przychodzi, bo można spotkać innych podobnych do sobie, napić się kawy i poobserwować życie przeciętnego Studenta-Norwega. Internet, wygodne kanapy i uśmiechnięci ludzie – nic dziwnego, że w ciągu dnia chętnie tam wpadamy.

Ale wracam już do początku mojej historii, momentu kiedy postawiłam dwie stopy na ziemi. Retrospekcja. Jesteśmy na lotnisku Ørsta/Volda. Moje walizki pojawiły się na taśmie. Nie zdążyłam do niej podejść, a Valentin już pakował je do bagażnika samochodu. Ciekawy fakt! Samochód był obklejony zieloną tapetą z wymownym napisem Be moved. No naprawdę mną poruszyło, gdy objeżdżaliśmy wokół górę. Bo jak się okazało uczelnia i miasteczko znajdują się po drugiej stronie wielkiego masywu górskiego. Przez całą, nie taką długą 10 minutową drogę, Jolien i Valentin nie dawali mi odczuć samotności. Zadawali dużo pytań, uspokajali i radzili co i jak zrobić. Ja, trochę przygłucha po lądowaniu i otumaniona całą sytuacją nie usłyszałam połowy rzeczy, ale najważniejsze, że uśmiech nie schodził z mojej i ich twarzy. Zaparkowaliśmy pięknie tuż przed wejściem do Heltne D – mojego domu na najbliższe 5 miesięcy. Valentin wniósł walizkę na trzecie piętro (trochę było mi wtedy głupio). Pierwszy pokój po lewej, na wprost kuchni, numer 302. Wewnątrz czekał na mnie już „zestaw przetrwania” (inaczej mówiąc „zestaw powitalny”), składający się z patelni, dwóch talerzy, sztućców i szklanki. Przeważnie wszystkie te rzeczy zabieramy ze sobą do kuchni i układamy w szafkach z napisem „Felles”, co oznacza „wspólny”. Każdy może korzystać z naszej patelni, a my z garnków innych współlokatorów. Na łóżku czekała już kołdra, poduszka i nowiutkie poszewki. Wszystko miękkie, przytulne i zapraszające do spania. Jednak zanim mogłam odpocząć, czekała mnie jeszcze wycieczka po akademiku. Valentin i Jolien pokazali mi saunę, pralnię i suszarnię (dostaje się specjalnie zakodowane karty magnetyczne Miele, na które przelewa się online pieniążki i można już działać. Jedno pranie – 12 koron, suszenie – 10). W pokoju na biurku leżały też „papiery informacyjne” od SFS (Student Samskipnaden) – organizacji zarządzającej wszystkimi akademikami. Obok informatorów, jak postępować w akademiku, każdy ma obowiązek wypełnić taką zieloną kartkę inwentaryzacyjną, czyli sprawdzić po kolei stan wszystkich mebli znajdujących się w pokoju. W ciągu tygodnia trzeba odwiedzić siedzibę Sfs (znajduje się naprzeciwko uniwersytetu) w celu oddania tej właśnie kartki, podpisania umowy i otrzymania kabla internetowego. W moim pokoju nie działała lampka na biurku, co skrupulatnie zanotowałam w inwentaryzacji i już po dwóch dniach czekała mnie niespodzianka. Technicy sfs przynieśli mi nowiutkie oświetlenie i zostawili kartkę na biurku z uśmiechniętą buźką. Jak się później dowiedziałam – na naprawę zgłoszonej szkody technicy sfs mają 24 godziny. I z doświadczenia mogę powiedzieć, że naprawdę działają szybko i efektywnie.

Ale przejdę teraz do najważniejszej, jak dla mnie, części pakietu powitalnego. Oprócz mapki, przewodnika towarzyskiego po Norwegii (nie, to nie był żart) znalazłam również Program Animacyjny w dniach 7 – 15 stycznia.Naprawdę chcą nas tutaj ciepło przywitać. Jakie są punkty programu?
Zawody pływackie
Noc filmowa
Koszykówka
Rejestracja nowych studentów na posterunku policji w Ålesund
Powitalna kolacja w Rokken
Wspólny wieczór i zdjęcie grupowe w Rokken
Wprowadzenie do Platformy Studenckiej Fronter
Spotkanie informacyjno-powitalne
Noc Norweska i Dyskoteka w Rokken

I wiele innych atrakcji i spotkań towarzyskich, których teraz nie jestem w stanie wszystkich wymienić.

Od razu poprawił mi się humor po tak miłym powitaniu w akademiku. Valentin i Jolien pojechali na uniwersytet a ja ruszyłam na pierwsze zakupy, do pobliskiego KIWI. Ceny mnie nie odstraszyły. Może to przez ten optymizm Valentina (naprawdę, uśmiech nie schodził mu z twarzy). Noc spędziłam pod ciepłą kołdrą w już nie tak ciepłym pokoju. Och, jak mnie denerwuje to ogrzewanie – co trzy godziny trzeba przyciskać lampkę, żeby temperatura utrzymywała się w granicach 24 stopni. Hmm, to taka mała ryska na miłym obrazku na koniec.

Gorące uściski!

– A. z zaśnieżonej Voldy

Wesoły autobus z turbulencjami

Wreszcie przyszedł czas na mój pierwszy prawdziwy norweski post. Praktycznie tuż po Nowym Roku (pamiętnym pożegnalnym sylwestrze), czyli 4 stycznia wyruszyłam do Berlina. Tak, jeszcze nie do Oslo. Czekała mnie wyczerpująca podróż, która zaczęła się już o drugiej w nocy. Miałam się wyspać w samochodzie, żeby mieć siłę na cały kolejny dzień. Ale (i chyba też na szczęście) miałam miłe i rozrywkowe towarzystwo w podróży. To, co działo się w samochodzie pozostawię dla siebie. 🙂 Na pewno Sebastian, Paweł, Madzia nie dali mi zapomnieć, jak bardzo będę za nimi tutaj tęsknić. Nasza wycieczka przypominała wesoły autobus z turbulencjami. Plan podróży: Berlin – Oslo – Volda. Dwa osobne loty, dwie osobne odprawy. Damy radę!
Pożegnałam się ze wszystkimi około 6 rano na lotnisku Berlin Tegel. Godzina wylotu: 8:20. Miałam bardzo dużo czasu na odprawę, kontrolę i oglądanie kosmetyków w sklepach Duty Free. Oczywiście, siedziałam tylko w poczekalni, bo nie miałam ani siły, ani ochoty na chodzenie po lotnisku. Po prostu zostałam na swoim miejscu i czekałam na samolot. Wszystko miało pójść pięknie i przyjemnie. Niestety, tak nie było. Samolot spóźnił się prawie dwie godziny. Dla mnie oznaczało to jedno… nie polecę z Oslo do Voldy samolotem, w którym czekało na mnie zakupione już miejsce. Merde, nowy bilet, stracone pieniądze, stres po sufit. No trudno, w końcu każda dobra przygoda zaczyna się od trudności. Na docelowym lotnisku Orsta Volda (HOV) miałam być o 12:48, a wylądowałam ostatecznie o 17. Nie martwiła mnie późniejsza godzina przylotu, tylko był pewien szczegół, przez który pot leciał mi z czoła. Otóż o godzinie 13 mieli czekać na mnie na lotnisku studenci, którzy zwyczajowo są odpowiedzialni za odbiór nowych Erasmusów. A tutaj… tyle godzin opóźnienia. Nie mogłam pozwolić, żeby na mnie czekali. A sama pewnie nie dałabym razy w tych ciemnościach dojechać do akademika. Przypomniało mi się, że gdzieś tam mignął mi numer alarmowy w razie opóźnienia, zgubienia czy też zapomnienia. No tak, w pre-arrival guide, który nam wysłali kilka tygodni przed przybyciem. Gdzie ja go mam…? Ah, no tak, na komputerze. Otwieram laptopa, piszę smsa. Uf, będą po mnie o 17.
Po ostatniej w tym dniu kontroli osobistej mogę wreszcie odetchnąć z ulgą i nacieszyć wzrok stolicą Norwegii. Stolicą zamkniętą w pięknej, wypolerowanej szklanej kuli – lotnisku Oslo Gardermoen. Trzeba przyznać, że główny obiekt komunikacji powietrznej Norwegom wyszedł znakomicie. Piękne korytarze, na każdym kroku windy, widoczne oznaczenia, luksusowe kawiarnie i uśmiechające się sandwiche. Jestem w raju. Po chwili zleciałam jak upadły aniołek na ziemię. Przybiły mnie ceny. Z początkowo wybranych żelków, czekolady i kawy kupiłam wodę. Uf, dziękuję mamo za te drogocenne kanapki. Podobne tutaj kosztują blisko 200 NOK. Otrząsnęłam się, zabrałam aparat i ruszyłam do swojej poczekalni. Zdążyłam obejrzeć film François Ozon’a, odpisać na maile i już mi kazali wsiadać do samolotu. Z Oslo do Voldy poleciałam tanimi miejscowymi liniami Wideroe. Wszystkim je polecam. No może z wyjątkiem tych, którzy boją się latać. Wsiada się do takiego malutkiego samolociku i przy każdej większej chmurce myślisz, że za chwilkę się roztrzaskasz. A tak w ogóle, to nie popełniajcie tego błędu i nie lećcie przez Oslo – ceny lotów wtedy są najwyższe. Teraz są fajne połączenia z Polski do Norwegii z Wizzair (Gdańsk – Aalesund). Wysiadam z samolotu, a tutaj zimno, ciemno i na dodatek pada. Z hali przylotów uśmiechają się do mnie dwie osoby. Pędzę do nich jak najszybciej mogę. Co za widok po takim dniu! Najlepsze, co mnie dzisiaj spotkało. O nich już w kolejnej wiadomości.
Trzymajcie się!

– A. z deszczowej Voldy 
Ibiza, Nike, diadem…  Jestem w Norwegii


Już jestem w Norwegii. Ale ostatnio moje życie wpadło na szósty bieg (i nie chciało z niego zjechać) i było przepełnione zdecydowanie za dużą ilością stresu. Teraz zwolniłam, ale okazuje się że przeszłam na jakiś trudny do zdefiniowania, do tej pory mi nieznany, system włoski. I hiszpański chyba też. Tak, to zdecydowanie musi być połączenie tych dwóch stanów. Wyjaśnia to pewnie moje opóźnienie czasowe. Bo właśnie dopiero dzisiaj zamieszczam podziękowania za tak wspaniałe pożegnanie, które odbyło się… w Noc Sylwestrową. (To wyjaśnia również moją nagłą aktywność na facebook’u – publikacja zdjęć z przyjęcia).
Tak, zapraszam teraz wszystkich do cofnięcia się ze mną o 9 dni. Jest 31 grudnia i trwają właśnie przygotowania do niezapomnianej imprezy – New Year’s Eve nad Fiordem. Miejsce: oczywiście mój dom. Liczba osób: w ostatecznym rozrachunku to chyba około 43 osób, ale nie jestem tego już taka pewna 🙂 Za fiord oczywiście służyło oczko wodne w moim ogrodzie. Ha, przecież musiał być jakiś element zaskoczenia. Nie same oczywistości. O godzinie 19:30 mieli zacząć schodzić się wszyscy goście. Ja, gospodyni wieczoru, wyszłam z kuchni piętnaście minut przed… 19. Przede mną było całe ubieranie się, czesanie i malowanie. Wszystkie Panie, które kiedyś przygotowywały przyjęcie na pewno rozumieją mój ból. Ale co tam, nie ma rzeczy niemożliwych do zrobienia. Pierwsi goście pojawili się o godzinie 19 – dziękuję Michaś&Justyna. Spokojnie, byliście i tak najsympatyczniejszą parą wieczoru 🙂 Na szczęście kolejni goście dbali o siebie nawzajem. Zapoznawali się, wymieniali komplementy i pili swoje pierwsze drinki. I tutaj najważniejszy punkt programu. Mój brat! Najlepsza pomoc pod słońcem. Organizator nawet lepszy ode mnie (jeżeli jest to możliwe). Wszystko przygotował, o wszystko zadbał, zintegrował gości. Przygotował najlepszy pokaz fajerwerków jaki był możliwy. I jeszcze robił najlepsze drinki. A wtórował mu z równą gracją niezastąpiony Paweł! Merci beaucoup. Wydaje mi się, że wszyscy się dobrze bawili. Jedzenia ani picia nie zabrakło, a o to Asie się najbardziej martwiły. Wytańczyliśmy się i wygadaliśmy na całego – do bardzo wczesnych godzin porannych, wręcz nieprzyzwoicie wczesnych.
Dziękuję wszystkim za stworzenie tak niesamowitej atmosfery!
Agnieszka, Magdalena, Łukasz i Jakub
Anna&Andrzej, Asia, Karolina, Mateusz, Paweł,
Ania, Zuzanna, Ania i Krzysia
Kamila&Przemek, Michał&Justyna, Magdalena&Maciek
Ola i Ania
Paweł, Sebastian i Kasia
Mateusz i Artur
Nadia i Julcia
Jednak największe podziękowania należą się Temu-Małemu-Pozytywnemu-Promyczkowi! Oczywiście, mojej siostrze Julci. Niezastąpiona pomoc i wsparcie! I cóż za wytrzymałość, do samej 8 rano 🙂
A teraz przyszedł czas na wyjaśnienie tajemniczego tytuły tego posta. Pisząc tę wiadomość nie mogłabym zapomnieć o szczególnym pożegnaniu, które dostałam od szczególnych przyjaciół. Już zapewne po tytule te osoby się domyślają, o kogo chodzi. Dobrze, po kolei.
Ibiza symbolizuje T-shirt ze zdjęciami (niektórych nie powinnam pokazywać publicznie). 
Dziękuję Ania, Ada, Asia i Karolina
Diadem nie jest niczym innym jak prawdziwym królewskim klejnotem, który ma mi przypominać o zachowaniu pogody ducha. 
Dziękuję Madzia
Nike, czyli rękawiczki i opaski do biegania, żebym nie zapomniała o keeping fit zagranicą. 
Dziękuję Aguś
P.S. Tylko zapomniałam o grupowym zdjęciu. Poprawię się za rok 🙂
Do jutra!

– A. z zasypanej Voldy

Klaus, rozmowy pod chmurką i brak asertywności, czyli ja jadę na Erasmusa

Jedna Asia miała marzenie, druga Asia chciała uciec i poznać nieznane, a ja…? Ja chciałam zostać tam, gdzie jestem, bo jest mi tutaj dobrze. Tak przynajmniej myślałam, zanim pojawił się Klaus i jego opowieść o idyllicznej Voldzie gdzieś nad fiordem w mroźnej lecz pięknej Norwegii.  Ale po kolei. (Tak na wstępie chcę was zapewnić, że wiemy, że te pierwsze posty są przydługie i przynudne. No ale trudno czytelniku – bez tego się nie obejdzie).
Jak co tydzień, w czwartek o 11 zaczynaliśmy retorykę dziennikarską. Ja zawsze na niej byłam, bo obecność była wymagana (o ironio)! Tego pamiętnego czwartku, drugiego semestru, bardzo nie mogłam się przemóc, by wyjść z domu. Uczelnia tak daleko, książka taka ciekawa, że aż nie wypada opuszczać łóżka. Ale moralny autorytet Pani Profesor wygrał i uzbrojona w pracę domową z hiszpańskiego i listę stu słówek na najbliższą kartkówkę pojawiłam się na wykładzie. Tutaj – niespodzianka. Pani Profesor przemieniła się w dobrze wyglądającego faceta, w średnim wieku. Na pierwszy rzut oka – obcokrajowiec. Na potrzeby bloga nazwijmy go Klaus (pewnie będzie się jeszcze wiele razy przewijał w moich relacjach norweskich). Klaus rozpoczął prezentację, rzecz jasna po angielsku (a władał nim, jak możecie przypuszczać, bardzo dobrze), a ja skupiłam się na moich superważnych zajęciach. I oczywiście, krach, po 5 minutach moja uwaga skupiła się na nim. Zaciekawił mnie. Ze swoim MacBookiem i „ruszającą się (czyt. interaktywną)” prezentacją był bardzo atrakcyjnym urozmaiceniem, jak by tu powiedzieć, tradycyjnych metod nauczania Pani Profesor. Wciągnęłam się tak bardzo, że nawet wdałam się z Klausem w dyskusję na temat użyteczności designerskiej wyciskarki do cytryn (tej wyglądającej jak pająk). Po wykładzie nie mogłam się powstrzymać i zagadnęłam go o wakacyjne kursy na jego uniwersytecie – Volda University College. Kursów nie prowadzą, ale za to dostałam jego wizytówkę i propozycję spotkania na kawę. I tak wylądowałam późnym popołudniem na Offie (czyt.Off Piotrkowska, czyli popularne, aż zbyt popularne, miejsce spotkać łodzian). Siedzieliśmy na dworze, pod chmurką. On sączył piwo, jak popijałam zieloną herbatkę (tak, zachowałam umiar). Ot, taka sobie normalność z moim przyszłym profesorem. Piwo bardzo mu smakowało. Wcale się nie dziwię, skoro w Norwegii jest trudno dostępne i drogie jak zboże. Pijemy i plotkujemy cztery pełne godziny. O życiu, o uczelni, o jego rodzinie, o stereotypach, o problemach damsko-męskich, o naszych wspólnych korzeniach. 
On mówi „Wpadnij do Voldy w autumn semester”. 
Ja na to: „Nie mogę, bo mam już plany na summer holidays” (btw. tam studia zaczynają się już w połowie sierpnia). 
On „To może na spring”. 
Ja „Nie ma sprawy. Kupuję bilet”. 
No i widzicie, tak też się stało. Ale spokojnie – nie będzie to historia miłosna. Klaus ma żonę i trójkę dzieci. Choć nie mogę skłamać, początkowo byłam pod jego wrażeniem. Taki easy-breezy. Dobra gadka, ciekawy człowiek. Ale ten mój brak asertywności kiedyś mnie wpędzi w poważne kłopoty. Spokojnie, tak naprawdę, wszystko dobrze przemyślałam, zanim zdecydowałam się porzucić moje stateczne, uporządkowane życie tutaj. Program uczelni i możliwości były fundamentem mojej decyzji. Zajęcia praktyczne, fotografia, design, grafika. Wszystko to na jednej uczelni. W Polsce wymagałoby to studiowania na kilku odrębnych kierunkach. A w Voldzie, bach i mam wszystko pod jednym dachem – wystarczy że otworzę różne drzwi do różnych pracowni. (O mojej pasji do tworzenia i kreatywnego myślenia w innym poście).
Jednak często myślę, że popełniam głupotę życia. Zostawiam tutaj swoje niezależne (och, jak kocham to słowo), cudownie zorganizowane życie. Ze swoim samochodzikiem, którym wszystko załatwiam i kursami językowymi, które sprawiają, że unoszę się nad ziemią. A co mnie tam czeka bez mojego samochodu i języków? Hmmm… Pewnie jeszcze więcej języków i ciekawych, nowych ludzi. Czy zrekompensują domowe braki? Mam taką nadzieję. W końcu miałam nigdzie nie wyjeżdżać, bo lubię Polskę i z nią wiążę swoją przyszłość. Ale też nigdy by mi nie przeszło przez myśl, że będę się uzewnętrzniała na blogu (dzięki Aśka i Asia). Widać, na wszystko przychodzi czas. I tego się trzymajmy.