Niedziela na Heidakollen

Pisałyśmy o miastach i miejscach, które odwiedziłyśmy podczas naszego pobytu w Voldzie. Nie opisałyśmy najbliższego otoczenia Voldy. O samym miasteczku opowiem Wam w najbliższym poście, teraz czas na Heidakollen- pobliski szczyt od którego dzieliła nas tylko kilkuminutowa podróż promem. To naprawdę niewiele, zważywszy na fakt, że na dostanie się do najbliższej cywilizacji, np.  Ålesund trzeba było zarezerwować sobie dwie godziny w jedną stronę.

Wybrałyśmy się z grupą innych studentów w pewną słoneczną niedzielę. Wycieczka nie była długa, wczesnym wieczorem dotarłyśmy do swoich akademików. Czy było warto? Dla takich widoków, bezsprzecznie !

DSC_0090_wm

DSC_0089_wm

DSC_0087_wm

DSC_0086_wm

DSC_0082_wm

DSC_0081_wm

DSC_0078_wm

DSC_0076_wm
DSC_0056_wmDSC_0055_wm

DSC_0052_wm

DSC_0031_wm

DSC_0030_wm

DSC_0029_wm

DSC_0028_wm

DSC_0026_wm

DSC_0025_wm

DSC_0024_wm

DSC_0021_wm

DSC_0020_wm

DSC_0019_wm

DSC_0018_wm

DSC_0017_wm

DSC_0016_wm

DSC_0015_wm

DSC_0013_wm

DSC_0012_wm

DSC_0011_wm

DSC_0010_wm

DSC_0009_wm

DSC_0008_wm

DSC_0002_wm

DSC_0005_wm

DSC_0006_wm

DSC_0007_wm

 

Na koniec jeszcze mała prośba: Nie kopiujcie zdjęć z naszego bloga. Wszystkie fotografie, które możecie u nas oglądać są owocem naszej pracy i nie chcemy, by zasilały niezmierzone czeluści Internetu.

Pozdrawiam,

Asia

Reklamy

Zwolniłam

056_MG_9813_wm

Filozofia slow life interesowała mnie jeszcze przed moim wyjazdem do Oslo. Jednak dopiero w Voldzie na dobre zachłysnęłam się tą ideą. Miałam trochę więcej czasu na wdrażanie nowych nawyków i eksperymentowanie.

Znudziły mnie erasmusowe atrakcje, imprezy, balangi i przesiadywanie w pubach, dlatego większość mojej doby poświęcałam sobie. Wiem, brzmi dosyć egoistycznie. Pomijając codzienne obowiązki, zajęcia na uczelni, spotkania ze znajomymi, łowienie ryb, wędrówki
i inne przygody dużo czasu spędzałam na poszukiwaniach.

DSC_0019_wm

Niebo Voldy, 20 listopada 2015

Nie mam na myśli zbierania grzybów, czy zrywania śliwek z drzew, których konary wystawały poza posesje mieszkańców Voldy( a bywało i tak 😛 )

12919888_1031628753563357_1852621355810336009_n_wm

Relaks po wspinaczce na Heidakollen

Wolałabym opowiedzieć o podróżach w głąb siebie oraz próbach odnalezienia wewnętrznej równowagi. Oszczędzę Wam jednak psychologiczno – psychodelicznych dyrdymałów(
z całym szacunkiem dla koleżanek po fachu). W kilku słowach i zdjęciach wyjaśnię Wam, jak zwolniłam. Zacznijmy od tego, że już sam krajobraz Voldy działa na nas terapeutycznie. Wszyscy nasi goście zgodnie twierdzili, że miejsce to jest jak sanatorium. Mała norweska mieścina położona nad samym fiordem, podobna do niektórych polskich kurortów górskich.

DSC_0117_wm

Widok z drogi nad Rotsethornet

W Voldzie nauczyłam cieszyć się każdym promieniem Słońca, którego często odczuwało się dotkliwe braki, dlatego kiedy tylko widniało na niebie zakładałam sportowe buty i biegłam na jogging wokół Rotevatnet.

DSC_0315_wm

Musicie przyznać, że jogging w takim miejscu to sama przyjemność

Po siedmiu kilometrach przebiegniętych wokół jeziora czułam się jak nowo-narodzona. Biegałam codziennie rano, za wyjątkiem dni, kiedy padał deszcz. W razie niepogody wyciągałam matę do ćwiczeń. Aktywność fizyczna szybko wpisała się na stałe w mój plan dnia. Była niczym remedium na wszelkie zło. Myślę, że moje zamiłowanie do sportu uchroniło mnie przed stagnacją i depresyjnymi stanami, które czasami towarzyszyły innym w Voldzie. Kiedy pogoda była wisielcza endorfiny były na wagę złota.

Trening przynosi oczekiwane rezultaty w połączeniu z racjonalnym żywieniem.
W Voldzie udoskonaliłam swój kunszt kulinarny. Nie mylić ze „studenckim radzeniem sobie w kuchni” Przekonałam się, że można jeść zdrowo i naprawdę bardzo smacznie.

Slow life byłoby niepełnowartościowe bez slow cooking. Oprócz tego, że całkowicie zmieniłam nawyki żywieniowe nauczyłam się czerpać radość z procesu tworzenia poszczególnych posiłków. Starałam się dostarczać mojemu podniebieniu rozmaitej symfonii smaków. Musicie uwierzyć, że zupełnie inaczej smakowała świeża, złowiona „własnoręcznie” makrela niż kupiony mrożony filet. Aśka się śmieje, że jak gotowałam swoje leczo to pachniało nim całe Heltne. Nie wiem, czy akurat w tym wypadku powinnam traktować to jako komplement. 😛

Sięgnęłam po produkty od których wcześniej stroniłam, a mianowicie- ryby, szparagi, bakłażany oraz inne i eksperymentowałam, grając na swoich i nie tylko kubkach smakowych.

049_MG_9762_wm

048_MG_9759_wm

W Voldzie naprawdę odpoczęłam i nie ma to raczej nic wspólnego z liczbą zajęć. Czasu dla siebie miałam rzeczywiście więcej, ale wynikało to z faktu, że po pierwsze nie musiałam dojeżdżać trzy godziny na zajęcia( muszę studiując w Łodzi), a po drugie odpadła mi spora część obowiązków domowych.

Odpoczęłam, bo w czasie wolnym od zajęć na uczelni nie biegałam po centrach handlowych i nie spędzałam całych godzin przed szklanym ekranem. Przez pół roku mieszkałam z dala od zgiełku i hałasu. Miałam stały harmonogram dnia, bez względu na to, czy był to dzień wolny, czy nie. Kładłam się spać i wstawałam o tej samej porze, bez względu na to co robiłam poprzedniego dnia. Ciche poranki, kiedy jeszcze prawie cały akademik spał miały w sobie coś mistycznego. Był to doskonały czas, żeby zagłębić się w ciekawej lekturze, czy oddać się szeroko pojętej medytacji.

052_MG_9771_wm

Ciało, umysł, emocje i dusza stanowią jedność

Zrozumiałam, że jedynie holistyczne podejście do naszego organizmu jest kluczem do odnalezienia wewnętrznej równowagi. Ciało, umysł, emocje i dusza stanowią jedność, dlatego powinniśmy starać się funkcjonować tak, aby żaden z tych aspektów nie został pominięty.

Muszę przyznać, że w osiągnięciu konsensusu pomiędzy ciałem, a duszą w znacznym stopniu pomogli mi ludzie, których poznałam podczas tego rocznego pobytu.W większości byli to Norwedzy, którzy naprawdę żyją inaczej niż Polacy. Pomijając ich dobrostan finansowy i aspekty ekonomiczne po prostu potrafią cieszyć się życiem.

Czy Was również podróż, czy też dłuższy pobyt(nie tylko w krajach skandynawskich) natchnął do zmiany dotychczasowego stylu życia ? Jestem ciekawa Waszych opinii

Pozdrawiam 🙂

Asia

Update: Spowiadam się Wam

Post ten będzie czymś w rodzaju psychoanalizy. Minęło już trochę czasu od mojego powrotu, dlatego na wszystko mogę spojrzeć bardziej obiektywnie, na chłodno przeanalizować, jak roczny pobyt w Norwegii wpłynął na moje życie. Wyjeżdżając niczego nie zakładałam, nie planowałam. Do wyjazdu namówiła mnie Aśka (jestem Ci bardzo wdzięczna). Pojechałam, mimo, że szczerze nienawidzę zimy, zimna, a dzika natura nigdy mnie nie pociągała.

Poznałam dwie twarze Norwegii – bardziej cywilizowaną, czyli Oslo i okolice oraz bardziej nieokiełznaną, taką jak Volda.DSC_0544_wmStolicę pokochałam szybko. Pomimo nieprzyjemności, jakie napotkałyśmy pierwszego dnia miejsce to obdarzyłam sympatią. Poczułam, że mam wszystko to, czego od dawna mi brakowało. Jako, że był to mój pierwszy wyjazd na studia za granicę napawałam się uczuciem całkowitej niezależności i wolności. post 4_wmDługie, zimowe wieczory nie były wcale takie straszne. Kolejne dni upływały na spotkaniach towarzyskich, zajęciach w szkole, kursie norweskiego. Plan tygodnia był stały, nie zmieniał się zanadto: od poniedziałku do środy uczelnia, w czwartki Horgan`s,
w piątki quizy i wieczory filmowe, sanki, wycieczki i inne atrakcje w soboty, w niedziele natomiast koncerty muzyczne w BLÅ. Ostatni dzień tygodnia lubiłam najbardziej, ze względu na niesamowity klimat i nastrój, w jaki potrafiła wprowadzić mnie norweska kapela Frank Znort Quartet.

Zresztą posłuchajcie sami: https://www.youtube.com/watch?v=_AFCtda-i9g

fzq-black-white

W Oslo żyło się szybko i na pełnych obrotach. Wiele zmieniło się w moim życiu (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi). Z perspektywy czasu wiem, że popełniłam też mnóstwo błędów wchodząc w relacje z osobami, którym do granic szaleństwa podobała się multikulti Asia, a ich uczucie szybko wygasło po moim powrocie do Polski. W tym punkcie kończę moje dywagacje. Nie mogę pozwolić na to, żeby teraźniejszość wpłynęła na mój odbiór przeszłości. Poznałam bardzo dużo nowych ludzi.
Z większością nadal mam kontakt. Co więcej, planujemy spisać nasze przeżycia z Oslo
i chociaż prace nad projektem trochę zwolniły to wierzę, że któregoś dnia przeczytacie
o legendarnej grupie Lavavajillas (z hiszp. zmywarka).

Opera2_wm

Opera4_wm

Opera w Oslo

W stolicy po raz pierwszy zetknęłam się z wielokulturowością, do której na początku naprawdę ciężko było się przyzwyczaić. Z czasem oswoiłam swój strach przed tym, co było mi obce i nieznane. Pamiętam przerażoną twarz mojej mamy, kiedy spacerowałyśmy po Grønland – dzielnicy zamieszkałej głównie przez imigrantów. Była bardzo zaskoczona faktem, że zbiorowisko Murzynów, czy kobiet w burkach nie robi na mnie żadnego wrażenia. Potrafiłam nawet pokłócić się z Arabem, który wepchnął się
w kolejkę na targu. Nauczyłam się funkcjonować w multikulturowym środowisku,
w którym, co bardzo mnie zaskoczyło czułam się nadzwyczaj dobrze. Oslo w opinii odwiedzających uchodzi za miasto bezpieczne. Muszę przyznać, że nigdy nie znalazłam się w sytuacji podbramkowej, nawet kiedy o północy wychodziłam, żeby w przypływie energii pobiegać. Nie odważyłabym się na to mieszkając w Łodzi, czy w Warszawie. Generalnie w stolicy powietrze wydawało się jakieś lżejsze. W ogóle nie dało się wyczuć charakterystycznego dla większości europejskich miast pośpiechu. Właściwie od razu zachłysnęłyśmy się norweskim stylem życia, który ująć można w trzech krótkich słowach: work-life balance. Obserwując ludzi w ich codziennej pracy doszłam do wniosku, że ich praca nie pochłania im całego życia, co często przytrafia się Polakom. Niektórzy z Was powiedzą pewnie, że to zasługa większych możliwości finansowych. Z pewnością coś
w tym musi być, ale nie zakładałabym, że jest to kluczowa kwestia.

_MG_5538_wm

Umiejętność odseparowywania życia prywatnego od zawodowego to jedna z tych rzeczy, które budzą mój podziw. Podobnie, jak norweska powściągliwość. Jak pisałyśmy już we wcześniejszych postach Norwedzy w pierwszym kontakcie sprawiają wrażenie chłodnych i zamkniętych. Dopiero po pewnym czasie (ale nie zawsze) otwierają się przed swoim rozmówcą. Norwegów dzieli się na przyjaciół i obcych. Nikt nie będzie próbował się z nami zaprzyjaźnić na siłę, czego i my nie powinniśmy praktykować przebywając wśród Skandynawów. Przeniosłam to na polskie podwórko i moje życie zmieniło się na dobre. Nie ma sensu tracić czasu na znajomości i ludzi, którzy są dla Ciebie tylko „meblami”. Postanowiłam – biorąc przykład z moich norweskich znajomych poświęcać czas i uwagę, tylko tym, którzy potrafią to docenić i odwzajemnić. Uwolniłam się od fałszywych przyjaciół, którzy tylko pochłaniali moją energię.

_MG_4611_wm

Na balkonie St.Hanshaugen

 

Wyluzowałam się totalnie oraz przestałam przejmować się sprawami, na które i tak nie mamy większego wpływu. Skupiłam się na tylko na tym, co w tamtym okresie było dla mnie najważniejsze. Semestr spędzony w Oslo na pewno zostawił po sobie ślad. Norweski styl życia zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam poznać inną część kraju – region Møre og Romsdal. O tym, jak pobyt w Voldzie wpłynął na moje życie i dlaczego polecam wszystkim wyjechać na urlop na norweską wieś przeczytacie w tym poście.

Asia

Romantyczny weekend w Norwegii

Chcecie spędzić weekend w Norwegii i zastanawiacie się, jakie miasto wybrać ? Polecam Trondheim

Czwarte, co do wielkości miasto portowe. Pełne długich, wąskich uliczek to idealne miejsce na romantyczny weekend we dwoje. Dwa dni w zupełności wystarczą na poznanie jego walorów turystycznych.

Zacznijmy jednak mniej lirycznie od kosztów, które trzeba ponieść. Otóż za pokój dwuosobowy musicie zapłacić od 200 zł/os(tak było w naszym przypadku). Trafiliśmy akurat na promocję na booking.pl i w tej cenie dostaliśmy również śniadanie. Nie polecam jednak opcji z posiłkiem, ponieważ była dość uboga: jedna kanapka z kiepskiej jakości wędliną i kawałkiem czegoś, co wyglądało, jak coś pomiędzy papryką,
a pomidorem. Do tego przesłodzony pomarańczowy napój.

Z komunikacji miejskiej w ogóle nie korzystaliśmy, więc nie orientuję się, czy ceny biletów są inne niż np. w Oslo. Aura była dla nas wyjątkowo łaskawa i choć pod parasolem całe miasto obeszliśmy na nogach.

Widzieliśmy wszystkie znane miejsca, takie jak: Katedra Nidaros( Polecam wybrać się na nocny spacer wokół katedry, w dzień robi zupełnie inne wrażenie) , dzielnica Bakklandet( jaskrawo pomalowane drewniane domki, w których obecnie znajdują się knajpy i sklepy) oraz całe Stare Miasto.

Mnie osobiście bardziej przypadły do gustu boczne, nieopisane w turystycznych przewodnikach uliczki .

Przechadzając się parkowymi alejkami poczułam znajomy klimat- polskiej złotej jesieni. To było, żeby nie powiedzieć magiczne, bo naprawdę rzadko kiedy mogłam zauważyć jakiś „polski pierwiastek” w Norwegii.

post1

post2

post3

copyright Zych Joanna

post4_wm

post10_wm

post5_wm


post7_wm

post8_wm

post11_wm

post12_wm

post14_wm

post15_wm

post16_wm

post17_wm

post18_wm

post19_wm

Więcej informacji, zdjęć i mniej prywaty w następnym poście Aśki.

Buziaki,

Asia

Zdjęcia chronione są prawami autorskimi. Kopiowanie, wykorzystywanie i rozpowszechnianie zdjęć bez wiedzy i pisemnej zgody autora jest zabronione.

Asia, Aśka i Dżejkob oraz rzeź makreli

DSC_0855

Spokojna tafla wody jednym zamaszystym ruchem twojej ręki zostaje wzburzona. Spoglądasz na niebo i widzisz niczym u Hemingwaya: „białe kumulusy spiętrzone jak dobrotliwe masy kremu”. Wrześniowe niebo spowite jest cienkimi pasmami pierzastych obłoków. Słońce muska twoją twarz, morska bryza buja Cię w swoich objęciach.

DSC_0641

Nagle, jednym nerwowym szarpnięciem linki twój błogostan zostaje
zachwiany.

wędka

Z granatowego lustra wody wyłania się ona – dorodna, srebrzystoszara makrela. Chwilowa radość ze złowienia ryby szybko zanika, entuzjazm ginie, a twoją głowę zaprząta jedna myśl: „Jestem mordercą”.  DSC_0206

Wiesz, że musisz to zrobić, a im dłużej czekasz, tym ona bardziej cierpi. Makrela, którą wcześniej widziałeś tylko w formie filetu w towarzystwie frytek tym razem ma głowę, ogoń i dodatkowo walczy o swoje życie wyślizgując się z twoich rąk. Czujesz odrazę i wstręt do siebie, kiedy ogłuszasz ją mocnym uderzeniem przy użyciu tępego narzędzia. Inicjacja zakończona, przeszedłeś chrzest i stałeś się prawdziwym wikingiem ! Instynkt łowcy niezwykle ciężko jest uciszyć, więc gwarantuję Ci, że pierwsze polowanie z pewnością nie będzie twoim ostatnim. Przynajmniej tak było w naszym przypadku. Na łowieniu ryb upłynął nam prawie cały wrzesień.

Myślę, że w sumie mam w sobie coś z somalijskiego pirata, bo raz nawet udało mi się złowić… statek !

Moja zdobycz

Moja zdobycz

Takie rzeczy zdarzają się tylko w Voldzie. Tyle na dziś, muszę wracać do kuchni, bo makrela skwierczy w piekarniku.

Pa,

Asia

Rzuciłam studia…

Rzuciłam studia…

Na uniwersytecie łódzkim

Skorzystałam z pierwszej możliwej okazji, żeby uciec
z naszej uczelni, kiedy nadarzyła się druga – nawet się nie zastanawiałam.

Post ten będzie o tym, co mnie (i nie tylko) wkurza, deprymuje i irytuje w polskim szkolnictwie wyższym. O zasadniczych różnicach pomiędzy Polską, a Norwegią pisała już Aśka w swoim poście zaraz po powrocie z Oslo {klik}.

Wówczas jeszcze nie miałyśmy tak wiele punktów odniesienia, jak teraz. Po semestrze w stolicy Norwegii i połowie pobytu w Voldzie mogę powiedzieć, że niektóre zarzuty kierowane pod adresem polskich uczelni są prawdziwe. Pierwszym z nich i zarazem najpoważniejszym jest przesadny nacisk kładziony na teorię z wyłączeniem zajęć praktycznych. Przykład: warsztaty telewizyjne na uniwerku łódzkim – odnosząc się do programu zajęć studenci nauczą się jak wygląda specyfika pracy dziennikarza telewizyjnego, dowiedzą się o problemach, jakie mogą napotkać podczas rejestrowania, montażu i obróbki obrazu i dźwięku w telewizji i… na tym ich wiedza się zamknie, bo szkoła nie posiada nawet kamery, którą mogliby nagrać jakikolwiek materiał. W Voldzie do dyspozycji każdego studenta jest profesjonalny sprzęt do nagrywania, który można wypożyczyć! Mamy nieograniczony dostęp do studia telewizyjnego i fotograficznego.

W Polsce studenci korzystający z jakiejkolwiek elektroniki pilnowani są jak więźniowie na spacerniaku. W Norwegii szkoła otwarta jest 24h na dobę. W każdej chwili możesz wejść, rozsiąść się w wygodnej kanapie, wziąć do ręki aparat za kilka tysięcy i bawić się
w prywatnego fotografa robiąc któreś z kolei selfie. W Polsce wszystko sprowadza się do frazy: „Nie rusz, nie dotykaj !” Zakaz za zakazem, paranoja.

Nauka o mediach sprowadza się do wkuwania na blachę regułek z książek, których świetność, a przede wszystkim aktualność umarła dwadzieścia lat temu. Nie wspominając już o żałosnym wyposażeniu biblioteki, w której często dostanie się do naprawdę wartościowych źródeł graniczy z cudem, a księgozbiór wygląda jak archiwum państwowe.

Wracając do tematu bezsensownego wkuwania teorii. To nie jest tak, że studiując w Norwegii nie musisz wertować literatury, a nauka (w naszym przypadku Photo for Media i Strategic Design) ogranicza się do biegania po mieście z aparatem i prężenia się przed telewizyjną kamerą. Teoria wykładana jest w sposób, który przede wszystkim nie męczy studenta. Dwugodzinny wykład o doktrynach politycznych? No way! Wszystko ma swoje przełożenie w praktyce. W Norwegii żaden wykładowca nie robi co tydzień kolokwium, żeby sprawdzić, czy wszyscy potrafią już bezbłędnie zapisać przytoczone na poprzedniej prelekcji regułki. Większość zajęć odbywa się w formie warsztatów podczas których intensywnie pracuje się nad danym zagadnieniem. Jeśli mamy braki w wiedzy teoretycznej sami skazujemy siebie na „cierpienie”, bo podczas takich kilkunastogodzinnych sesji nie ma czasu na szukanie odpowiedzi w książkach. Wykute na blachę regułki też nie pomogą, kiedy nie mamy pojęcia, jak umiejscowić je
w rzeczywistości. Kolejną kwestią jest czas, który spędzamy, a raczej marnujemy na uczelni w Polsce. Zajęcia od 8:00 do 18:00, z trzygodzinnymi okienkami w międzyczasie to rzecz, która wywołuje śmiech u Norwegów. W Voldzie przedmiotów mamy mniej i są one połączone w bloki tematyczne. Większość przedmiotów zaliczanych jest na zasadzie projektów końcowych i prac zespołowych. Owszem, nie spędzamy większości naszej doby w szkole, co nie oznacza, że mamy mniej obowiązków. Różnica polega na tym, że w Norwegii szanuje się preferencje jednostki. To od ciebie zależy, kiedy spotkasz się ze swoją grupą, żeby popracować nad wspólnym projektem, czy pójdziesz do studia nagrać materiał. Nikt nikogo nie umieszcza w żadnym harmonogramie godzinowym. Studenci koczujący na wydziale filologicznym

Pamiętam to koczowanie na podłodze albo próby ułożenia się na niewygodnych upijających w plecy ławkach i na samą myśl, że to wszystko mogłoby wrócić robi mi się słabo.

Wyposażenie polskich uniwersytetów pomijając aspekt naukowy to kolejny słaby punkt. Okienko w planie – musisz poczekać, ale nie masz gdzie, bo nie funkcjonują popularne za granicą pokoje cichej nauki z wygodnymi kanapami, stoliczkami
i ogólnodostępnymi komputerami. Kolejna myśl, jaka przychodzi Ci do głowy to biblioteka. Trzymasz w ręku książkę, wyjmujesz kubek termiczny, pss… i musisz go schować, bo przecież zaraz na pewno zalejesz pół wypożyczalni. W Norwegii nie mają
z tym większego problemu i nigdy nie trafiłam jeszcze na brudną, poplamioną książkę. Jak widać studenci to też ludzie.

W Oslo przyniosłam kiedyś na zajęcia z Web Publishing and Information Architecture kawę i niechcący wylałam ją na stanowisko, które znajdowało się obok mnie zalewając całą klawiaturę. Zrobiłam się purpurowa i pomyślałam, że zaraz zostanę wyrzucona z sali. Osłupiałam, kiedy nauczyciel podszedł do mojej ławki i pomógł mi sprzątać.

Myślę, że przytoczona przeze mnie historia doskonale wyjaśnia fenomen zagranicznych uczelni, gdzie student nie jest traktowany jako zło konieczne, z którym jednak wypada obchodzić się w kulturalny sposób, bo uczelnia dostaje za niego pieniądze, ale jako partner, z którym można nawiązać współpracę i w ten sposób kształtować go oraz szkolić. Uczelnie norweskie nie tłamszą swoich uczniów, nie zabijają w ich kreatywności, tak jak mają w zwyczaju robić to nasze polskie uniwersytety. Przekonałam się o tym ostatnio, kiedy próbowałam ustalić temat mojej pracy licencjackiej i zostałam delikatnie ujmując poskromiona, bo zagadnienie, które zaproponowałam wydawało się zbyt rewolucyjne.  Dla własnego dobra wróciłam do szeregu, ale sytuacja ta utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że gdybym nie złożyła wniosku aplikacyjnego na obie zagraniczne uczelnie to po skończeniu studiów prędzej znalazłabym pracę w  branży archeologicznej niż dziennikarskiej.

Macie jakieś doświadczenia związane ze studiowaniem za granicą ? Podzielcie się nimi w komentarzu!

Pozdrawiam,

Asia

Gdy jesteś za granicą… (2/2)

Każdego dnia kilka tysięcy Polaków decyduje się na wyjazd za granicę. Według danych zamieszczonych na stronie Głównego Urzędu Statystycznego w 2013 roku liczba emigrantów wynosiła ponad dwa miliony. Wartość ta rośnie z każdym upływającym kwartałem.

Emigracja zarobkowa Polaków

 

Przyczyny migracji są wszystkim znane i nie ma sensu się dłużej na ten temat rozpisywać. Wolałabym skupić się na tym, co następuję kiedy zdążycie już ulokować się w nowym miejscu, nazwanym przez siebie, przypuśćmy, nowym „domem”.  Mnie osobiście nie przeszłoby to przez gardło, inni nie mają z tym problemu albo po prostu lubią niektóre rzeczy wyolbrzymiać. Uważam, że pewne słowa i frazy mają znaczenie, tylko wtedy kiedy nie pełnią roli tzw.  „zapychaczy” (dygresja autorki, niepotrzebne – nie czytać). Wróćmy jednak do właściwej kwestii. Wypakowaliście rzeczy, ponaklejaliście zdjęcia na ścianach, włożyliście kwiaty do wazonu. Wszystko wydaje się być na swoim miejscu, a nowa rzeczywistość zyskuje status „accepted”. Następnego dnia zaczynacie prawdopodobnie już niepierwsze „nowe życie”,  związane jak to zwykle z pracą, studiami oraz innymi rozrywkami dnia codziennego. W zależności od miejsca, w którym się znajdujecie możecie mieć mniejsze lub większe problemy z wbiciem się
w nieznane Wam wcześniej realia. Jeśli wyjeżdżacie do kraju, w którym językiem urzędowym jest angielski powszechne czynności związane między innymi z robieniem zakupów nie powinny sprawiać Wam problemów. Sytuacja komplikuje się trochę
w momencie, kiedy państwem waszej destynacji jest, tak jak w naszym przypadku -Norwegia. Oczywiście posługując się biegle angielskim w kraju Wikingów załatwisz praktycznie wszystko i nie musisz silić się na naukę norweskiego, jednak ze względu na specyfikę skandynawskiego rynku umiejętność ta znacznie ułatwia życie. Dlaczego ? Powód jest prosty: wchodzisz do sklepu i widzisz produkty na których nalepione są etykiety tylko w języku norweskim. Ile razy możesz pytać się innych klientów o skład czegoś, co wygląda Ci na serek naturalny, a w domu okazuje się być pastą z makreli(o prostym, norweskim designie napiszemy w kolejnym poście)?

Wkurzające, prawda ? Masz dwie opcje: zacząć uczyć się języka albo błądzić między sklepowymi regałami, jak dziecko we mgle. My, nauczone na błędach popełnionych podczas naszego pierwszego tygodnia pobytu w Oslo, wybrałyśmy pierwszą
z wymienionych. Teraz możemy się śmiać ze swoich starych zdobyczy ze sklepu. Problemów wynikających z nieznajomości norweskich realiów nie mamy, co nie oznacza, że swój pobyt za granicą możemy opisywać w samych superlatywach.

Ostatnia podróż do Oslo

W życiu każdego emigranta przychodzi taki moment, kiedy fascynujące, wygodne i często bardziej dostatnie życie przestaje go zadowalać i zaczyna odczuwać brak. Najtrudniejszym do zniesienia uczuciem jest niewątpliwie tęsknota. Nie pomagają wysyłane codziennie snapy, zdjęcia, czy długie rozmowy na skype. Nowi znajomi nie są w stanie zastąpić Ci bliskich. Momentami możesz mieć wrażenie, że pomimo swojego niezwykle interesującego życia, jakie wiedziesz za granicą coś Cię omija. Czas płynie nie tylko Tobie, ale również twoim rodzicom, rodzeństwu, chłopakowi, czy dziewczynie. Tym gorzej, jeśli osoby z Twojego najbliższego grona są na etapie jakiś ważnych życiowych zmian, a Ty nie możesz być z nimi. Ile dałabym za to, żeby zobaczyć przestraszoną minę młodszej siostry przed czekającym ją pierwszym kolokwium (proszę o uwiecznienie tego na fotografii!) 😛
Rozłąki mają, wbrew pozorom też swoje dobre strony. Przebywając za granicą zaczynasz doceniać rzeczy, które do tej pory nie miały dla Ciebie żadnego znaczenia. Co więcej, budzą się w Tobie uczucia, o których posiadanie nie podejrzewałbyś samego siebie. Jednym z nich jest … patriotyzm. O ironio, wyjeżdżasz z kraju, bo nie widzisz
w nim perspektyw na dalsze życie, czy – tak jak my, poszukujesz nowych ścieżek rozwoju i zaczynasz mimowolnie tęsknić za wszystkim tym, co zostawiłeś. W pierwszym semestrze, kiedy jeszcze studiowałyśmy w Oslo miałyśmy okazję wziąć udział w obchodach święta narodowego Norwegów. Przyznam szczerze, że naprawdę urzekła mnie atmosfera, jaka panowała wokół: przebrani w swoje tradycyjne stroje Norwedzy dumnie zmierzający główną ulicą wprost do pałacu królewskiego, radość i wzajemne pozdrawianie się słowami: „Gratulerer med dagen„.

Uroczysta parada w Oslo

Z nimi aż chciało się świętować, więc odświętnie ubrane, zaopatrzone we flagi przyłączyłyśmy się do parady. Ich entuzjazm skłonił mnie do przemyśleń, dlaczego Polacy nie potrafią świętować w podobny sposób, nie wspominając już o umiejętności wypowiadania się w dobrym tonie o swojej Ojczyźnie. Jesteśmy urodzonymi malkontentami, mówimy Polska i widzimy opasłych, bezproduktywnych polityków, korupcję, bezrobocie i niskie płace. Jakby życie w naszym kraju było najgorszą karą, jaka mogła nas spotkać. Jeszcze niedawno sama miałam problem z dostrzeganiem zalet bycia Polką. Przyleciałam do kraju, który za wielu uważany jest za królestwo mlekiem i miodem płynące i przejrzałam na oczy. Na światło dzienne zaczęły wychodzić negatywne aspekty, o których nie przeczytacie w przewodnikach turystycznych. Zaczęłam myśleć o Polsce i moich rodakach w nieco łagodniejszym tonie. Prawdopodobnie udzielił mi się entuzjazm Norwegów, bo od tamtej pory staram się emanować dumą wynikającą z bycia Polką. Pewnie nie jestem jeszcze gotowa na wskoczenie w łowicki strój przy pierwszej nadarzającej się okazji, ale jeśli mogę przyłączyć się do akcji Narodowego Czytania Pana Tadeusza, tak jak zrobiłyśmy to ostatnio to czemu nie ? Sytuacja ekonomiczna Polski może i nie wygląda najlepiej na tle innych państw, ale czy przyczyną wszystkich rozczarowań jest status materialny ? Będąc na emigracji tęsknimy za błahostkami, takimi jak smak i zapach domowych potraw, których często nie jesteśmy w stanie przygotować z dostępnych za granicą produktów. (Raz podjęłyśmy się akcji lepienia pierogów ruskich, które potem jadłyśmy przez najbliższe kilka tygodni :P) Pomimo tego, że naprawdę podoba mi się w Norwegii i odpowiada mi skandynawski tryb życia nie chciałabym zabawić tu na dłużej i swoją przyszłość wiążę
z Polską, za którą mimo wszystko- tęsknię.

Co myślicie o życiu na emigracji ? Podzielcie się swoimi spostrzeżeniami w komentarzach. 🙂

Asia, z zadziwiająco słonecznej Voldy

Volda