Ptasia wyspa, czyli bajka o dobrych ludziach (1/2)

Czas i miejsce akcji: koniec kwietnia, Runde – mała wysepka w gminie Herøy, Møre og Romsdal – bardzo niedaleko Voldy, norweskiego miasteczka, które opuściłam rok temu. Jej znakiem rozpoznawczym są ptaki, a w szczególności puffiny.

01-LrMobile1504-2016-113817840922889975.jpg

moje dotychczas najpiękniejsze lądowanie, Ålesund

Kwietniowy dzień zaczął się wyjątkowo leniwie. Decyzja o podjęciu jakiegoś działania była podejmowana bardzo powoli i jakby z otępieniem, bo kanapa w kuchni jest przecież tak wygodna, a sama kuchnia taka ciepła. To był przedostatni dzień mojego pobytu w Voldzie w zeszłym roku, gdzie wpadłam w odwiedziny. Voldę znam na pamięć, nie chciało mi się iść na spacer znowu w te same miejsca, chciałam zobaczyć coś innego. Wujek Google w takich sytuacjach potwierdza swoją wartość. Wynalazł na mapie właśnie tę wysepkę – Runde. Od Voldy oddalona jest zaledwie o 60 kilometrów. Kurczę, 60 kilometrów to nie dużo… Na pewno jeżdżą tam jakieś autobusy, ale… Jak przeżyć coś innego, to przeżyć – zatem autostop! Pewnie teraz pomyślicie: a gdzie tam, autostop, wielkie mi co. Zaznaczę więc tylko, że panuje powszechny pogląd, iż Norwegia nie jest przyjaznym krajem dla autostopowiczów; pogoda nie dopisywała, bo lało jak z cebra, ale w tamtym regionie to raczej normalna sprawa; a w dodatku Runde nie jest popularną destynacją, ponieważ na tej zapomnianej przez Boga wyspie w archipelagu Sørøyane, mieszka tylko trochę ponad 100 osób.

Cóż, czasem jednak warto wyjść ze swojej strefy komfortu i zaryzykować!

02-20160418_165410.jpg

Runde

Volda posiada tylko dwie drogi wylotowe do „świata na zewnątrz”. Droga z Voldy do Ørsty wydawała się więc dobrym miejscem na początek wycieczki. Była z resztą jedyną drogą, która mogłaby doprowadzić podróżnika w tamtą stronę. Okej, zatem wylotówka jest, autostopowe miejsce przy drodze zaklepane, na pewno zaraz ktoś się zatrzyma!
Mija 5 minut.
Mija 10 minut.
Mija 15 minut.
Mija 20 minut.
Samochody jeżdżą, ale żaden się nie zatrzymuje. Czy coś jest ze mną nie tak? Źle wyglądam? Przecież zakapturzona, okutana w szaliko-dywano-koc, w dodatku przemoczona osoba nie może źle wyglądać! Kiedy już chciałam zwiesić nos na kwintę – nagle pojawił się on, wybawca w dużym samochodzie. Jedziemy, rozmawiamy trochę po norwesku, trochę po angielsku, mężczyzna jest uprzejmy, uśmiechnięty i bardzo rozmowny (powątpiewam czy jest Norwegiem). Przystanek ma miejsce gdzieś niedaleko Ørsty na rondzie przed tunelem wydrążonym w górze. Tu się żegnamy, życzymy sobie powodzenia i… czekamy na kolejnego dobrodusznego kierowcę!

Tym razem nie zajęło to długo – po dziesięciu minutach podjechał pan, który był kierowcą małego busika. Okazał się równie gadatlity, co jego poprzednik, a nawet wyszło na jaw, że jest profesorem matematyki na naszym uniwersytecie w Voldzie. Świat jest mały.

Każda kolejna osoba, która zgodziła się wpuścić dwie przemoczone istoty do swojego pojazdu była jeszcze przyjaźniejsza od poprzedniej. Osobą, która zawiozła nas na samą wyspę – na sam koniec jej jedynej ulicy, był historyk, który posiadał ogromną wiedzę i nie zawahał się nią podzielić. W zamian za rozmowę z nim, wysłuchanie go z niekłamaną fascynacją postanowił nadłożyć swojej drogi, z tego co pamiętam całkiem sporo, aby podróżnicy trafili do celu. Nie wierzyłam własnym oczom i uszom, i wszystkiemu. Ten człowiek nie oczekiwał niczego w zamian – przyjemnie nam się rozmawiało, ot i to wszystko. Podczas drogi z nim przez przepiękny i malowniczy archipelag opowiadał całkiem sporo o historii gminy, przez którą przejeżdżaliśmy.

Niestety, przyszedł czas na opuszczenie jego samochodu i pożegnanie się. W takich momentach jak ten – na środku jednej jedynej uliczki na małej wyspie zapomnianej przez Boga – zastanawiasz się, dlaczego ten człowiek był dla mnie tak dobry i miły, skoro nie spotkamy się już więcej? Dlaczego to zrobił?

04-20160418_171720

jedyna ulica na Runde

To nie był koniec inspirujących spotkań i widoków tego dnia.
O pilocie, matce podróżnika i orle morskim przeczytacie już niebawem 😉

03-img_1808-kopie

Runde // pozdrawiam – wiecznie głodna Aśka 😉

 

Reklamy

Coraz dalej na północ (1/2)

Królestwo Norwegii. The Kingdom of Norway. Co oznacza sama nazwa kraju? „Norway” to „Way to North”, droga na północ. W listopadzie zwróciliśmy się właśnie w tym kierunku.

_DSC1464

Z myślą o odwiedzeniu Trondheim nosiłam się już dawno temu, odkąd zaczęłam czytać „Sagę o Ludziach Lodu” pióra Margit Sandemo pięć lat temu oraz gdy czytałam nagrodzoną Noblem powieść Sigrid Undset „Krystyna, córka Lavransa” (którą serdecznie polecam, opis książki znajduje się tu). Kiedy więc stało się pewne, że będziemy mieszkać w Voldzie, wiedziałam, że prędzej czy później podczas trwania semestru, moja noga stanie na ziemi Sør-Trondelagu w Trondheim i zobaczę wymarzoną katedrę Nidaros.

Zacznijmy jednak od suchych faktów finansowo-logistycznych.

Jak dojechać i gdzie się zatrzymać?

Volda-Trondheim

sposoby Google Maps na dostanie się do Trondheim

Z miejsca, w którym byliśmy, czyli z Voldy, najlepszą finansowo opcją na dostanie się do Trondheim były autobusy (oczywiście, można by było polecieć liniami Widerøe, ale ile mniej więcej to kosztuje widać na obrazku powyżej). Relacja wyglądała następująco:

Volda –> Ålesund (Moa) –> Trondheim

Autobus z Voldy odjeżdżał o godzinie 6:55, a w Trondheim był już o 15:20.

Dlaczego wybraliśmy autobusy, zamiast wynająć samochód, tak jak zrobiliśmy to jadąc do Geiranger? Głównym powodem nie była cena, a logistyka. Podczas, gdy autobus powrotny następnego dnia odjeżdżał o 16:35, samochód musielibyśmy odstawić do Ørsty (miasteczko obok Voldy) do godziny 16:00. Oznaczałoby to cały dzień w drodze i minimalne rozejrzenie się po Trondheim, a przecież nie na tym miała polegać wycieczka.

Koszt podróży w obie strony zamknął się w kwocie ok. 320 zł.

hotel

umiejscowienie hotelu, w którym się zatrzymaliśmy

Zatrzymaliśmy się natomiast w hotelu z sieci P-hotels w dzielnicy portowej Brattøra (klik). Za dobę dla trzech osób cena wynosiła ok. 580 zł, czyli ok. 193 zł za osobę ze śniadaniem wliczonym w cenę. Zasadniczym plusem hotelu jest jego lokalizacja w bliskim sąsiedztwie Głównego Dworca (Sentralstasjon), a od centrum dzieli go naprawdę krótki spacer.

Łączna suma wydana na tę wycieczkę wynosiła ok. 514 zł. Moim zdaniem, jak na realia norweskie, odległość jaką pokonaliśmy z Voldy do Trondheim oraz miejsce zakwaterowania, nie jest to suma bardzo zatrważająca.

Często jestem zdania, że podróż sama w sobie jest mi milsza, niż pobyt w miejscu docelowym. Tym razem siły zostały rozłożone po równo. W drodze do Trondheim miałam nadrobić parę godzin snu, ale stety-niestety, nie udało się to, ponieważ byłam zbyt zajęta chłonięciem mijanych krajobrazów, które zmieniały się jak w kalejdoskopie. Poza tym przejeżdżaliśmy przez krainy, które były mi znane z ulubionych książek, takie jak dolina Gudbrand, płaskowyż Dovre czy pasmo górskie Trollheimen, więc uczucie, które mi wtedy towarzyszyło, również nie ułatwiało mi zapadnięcia w sen, tak samo jak świadomość, że ziemie Sør-Trondelagu są zamieszkiwane przez ludzi od tysięcy lat i były najprawdopodobniej najważniejszym centrum potęgi w epoce wikingów.

Tymczasem zostawię Was z paroma migawkami z owej podróży, aby w kolejnym wpisie skupić się na samym Trondheim – mieście o bardzo długiej historii 😉

01-_DSC1477.JPG

02-_DSC1487.JPG

03-_DSC1488.JPG

04-_DSC1498.JPG

05-_DSC1506.JPG

06-_DSC1509.JPG

07-_DSC1524.JPG

08-_DSC1526.JPG

09-_DSC1564.JPG

10-_DSC1566.JPG

11-_DSC1590.JPG

12-_DSC1635.JPG

Aśka 😉

Mam kaca i chyba jestem chora (+ENGLISH VERSION)

ENGLISH VERSION BELOW

_______________________________________________________________________________________________

Co to znaczy „mieć kaca” chyba nie muszę większości z Was tłumaczyć. To, w jakim stanie i fizycznym, i duchowym znajduje się człowiek jest raczej oczywiste.

Ale okej, załóżmy, że nie pijasz alkoholu lub pijasz, ale kac magicznie Cię omija (hm, może pijasz po prostu mniej – bardzo mądrze!), więc nie wiesz o czym mówię.

Budzisz się rano, z trudem otwierasz oczy. Mrużysz je, bo coś jest nie tak, jest za jasno, trochę nie poznajesz, gdzie jesteś, powoli się przyzwyczajasz. Oddychasz i zdajesz sobie sprawę, że czujesz pragnienie, jesteś jak ryba wyjęta żywcem z wody, jej naturalnego środowiska. Siadasz na łóżku, może nawet kręci Ci się w głowie. Kładziesz znów głowę na poduszce, zamykasz oczy i czekasz aż chociaż trochę przejdzie. Kiedy wreszcie to następuje starasz się wrócić do normalnego trybu życia – iść do kuchni, zjeść śniadanie, wypić kawę lub herbatę. Najgorzej, gdy czujesz, że żołądek wiąże Ci się w supeł i choćbyś nawet chciał – o jedzeniu myśleć nie możesz. I tak siedzisz, chodzisz i czekasz, czekasz, czekasz bez celu aż minie.

Wyobraź sobie teraz, że można osiągnąć taki stan nawet bez picia alkoholu poprzedniej nocy, bez żadnych używek. Brzmi trochę jak choroba, prawda? I teraz wyobraź sobie, że do pewnego czasu tak właśnie wyglądały moje poranki (nie, nie po powrocie z imprezy) i czasem czuję się tak w ciągu dnia.

Jesteś teraz moim lekarzem – opowiedziałam Ci o moich symptomach, jak się czułam i czasem (często) wciąż czuję. Wiesz, że nie powodują tego żadne używki. Jestem ciekawa, jak to zdiagnozujesz, bo mnie się wydaje, że ta choroba kiedyś została już rozpoznana.

I nazywa się tęsknota.

Rok spędzony w sercu swoich marzeń, najpierw mieszkając pół roku w mieście, w którym zawsze chciałam mieszkać, a później w regionie, który śnił mi się po nocach od wielu lat – to nie może pozostać bez odzewu. Człowiek ma niesamowitą tendencję do przyzwyczajania się. Często nie potrafimy zrezygnować z wielu rzeczy, ponieważ byłoby to odstępstwem od stanu naturalnego, a wystarczy zrobić mały krok przez szereg swoich przyzwyczajeń, a życie może nigdy już nie być takie samo. To właśnie przytrafiło mi się w 2015 roku, kiedy po raz pierwszy w styczniu uśmiechając się z niedowierzaniem wciągnęłam do płuc norweskie powietrze w Moss i gdy wypuszczałam je załamana i zestresowana po raz ostatni w grudniu na lotnisku w Oslo.

Bardzo nie lubię, kiedy ktoś pyta mnie o Norwegię. Nie płynie to stąd, że nie lubię dzielić się wiedzą o niej, czy nie pałam sympatią do osoby pytającej. Zazwyczaj nie potrafię ubrać w słowa tego wszystkiego, co przeżyłam. Moi najbliżsi przyjaciele nie musieli nawet pytać. Są rzeczy, których po prostu nie jesteśmy w stanie opisać, oddać całej gamy uczuć, która nam towarzyszyła. Nawet gdyby się to udało, nie sądzę, żeby ktokolwiek by to zrozumiał, tak jak rozumiem to ja.

Jestem w stu procentach pewna, że nigdy nie zapomnę tego 2015 roku – najlepszego roku w moim życiu – i nie, nie boję się tak tego ująć, mimo że teoretycznie jeszcze wiele przede mną lat – ten rok jak dotąd wygrywa wszystko. Żyłam tak, jak zawsze chciałam – w kraju, którym byłam najbardziej zafascynowana, w stolicy i w małym miasteczku „in the middle of nowhere” pośród fiordów, poznałam ludzi, z którymi mimo, że kontakt nie jest codzienny – wiem na pewno, że się nie urwie, ponieważ osoby, które spotykasz w takich sytuacjach stają się dla Ciebie „drugą rodziną”, mogę śmiało powiedzieć, że poznałam fantastycznych przyjaciół, a nawet miłość.

I przychodzi taki moment, kiedy zostajesz z tego wyrwany i masz wracać do… no, właśnie. Do czego? Powiedziałbyś, że do „normalnego życia”, ale czy to dla Ciebie wciąż jest normalnym życiem, kiedy wiesz, że to życie, które prowadziłeś tam było najbardziej perfekcyjnym jakie miałeś i chciałbyś, żeby takie już zostało? I najlepiej, żeby cała Twoja rodzina i przyjaciele z kraju nagle przenieśli się tam, gdzie jesteś Ty i wszyscy żylibyście długo i szczęśliwie. Ale, niestety, to nie ta bajka. Nazwiesz to po prostu powrotem do „rzeczywistości”, mimo że to pojęcie gdzieś w środku Twojej głowy się kłóci samo z sobą. Ostatecznie, wracasz do „dawnej rzeczywistości”. Jeszcze nie wiesz, ale wracasz bogatszy, mimo że oddajesz cały swój skarb w dniu powrotu. Wracasz bogatszy o to, czego doświadczyłeś, nie jesteś tą samą osobą, która mieszkała kiedyś w Twoim pokoju. Inaczej patrzysz na ludzi, inaczej mówisz, nie możesz przełączyć się z języka obcego na polski, nagle okazuje się, że zapomniałeś jak jeżdżą linie tramwajowe, gdzie leżą dane ulice, gubisz się we własnym mieście, odkrywasz wszystko na nowo – jedynie prawdziwi przyjaciele nie zmienili się ani trochę, mimo że sporo mogło się wydarzyć i sporo Cię ominęło. Przyzwyczajasz się na nowo. Leczysz się powoli z tego „kaca”/choroby, na którą zapadłeś po powrocie.

Ale czy wyleczysz się kiedyś w 100%?

Nie sądzę, a przynajmniej nie widzę tego w mojej perspektywie, ponieważ Norwegia zostanie ze mną jak tatuaż – na zawsze, jako wspomnienie miejsca, gdzie poznałam formułę idealnego życia.

DSC_0046

Jeśli więc Ty kiedyś zastanawiałeś się, czy odwiązać wszystkie liny i nabrać wiatru w żagle, wyjechać na wymianę zagraniczną – nie rób tego, jeżeli nie chcesz być chory z tęsknoty, jeżeli nie chcesz poznać jednych z najfajniejszych ludzi na planecie, jeżeli nie chcesz zobaczyć, że można żyć inaczej, jeżeli nie chcesz spełnić marzeń, oddychać pełną piersią i żyć pełnią życia. Nie rób tego, jeżeli nie chcesz być przez rok najszczęśliwszą osobą na świecie.

_MG_0916

Jeżeli czytając dotarłeś do tego momentu, dziękuję. Myślę, że tak osobistego wpisu jeszcze tu nie było ode mnie. Myślę też, że może i więcej nie będzie. Tym bardziej dziękuję Ci za poświęcenie paru minut, a może dzięki temu również i Ty zdecydujesz się poznać inną rzeczywistość.

Aśka.

jump opera

______________________________________________________________________________________________

I have hangover and probably I’m sick

What does it mean „to have a hangover,” I don’t think I have to explain to most of you. In what kind of physical and psychical condition human is then, is rather obvious.

But okay, let’s say you don’t drink alcohol or you drink, but hangover magically passes you by (well, maybe you drink just less – very wise!), so you don’t know what I mean.

You’re waking up in the morning, barely opening your eyes. Squinting them because something is wrong, it’s too bright,  you’re a little bit not recognizing where you are, slowly habituating. You’re breathing and realizing that you’re thirsty, you’re like alive fish taken out from the water – its natural environment. You’re sitting in the bed, perhaps even your head is spinning. You’re putting the head back on the pillow, closing your eyes and waiting until it passes at least a little. When it finally is happening you’re trying to get back to normal life – to go to the kitchen, eat breakfast, drink coffee or tea. The worst thing is when you feel that your stomach binds into a knot and even if you really wanted to – you cannot think about food anymore. And so you are – sitting, walking around and waiting, waiting, waiting aimlessly until it will pass.

Imagine now that you can achieve such condition even without drinking the previous night, without any stimulants. It sounds a bit like a disease, right? And now imagine that for some time my mornings looked so (no, not after returning from the party) and sometimes I feel like that during the day.
You are my doctor now – I told you about my symptoms, how I felt, and sometimes (often) I still feel. You know, it’s not caused by stimulants. I’m curious how you will diagnose this, because it seems to me that this disease had already been recognized.

And it’s called ‚the longing’.

A year spent in the heart of dreams, first half a year lived in a city where I always wanted to live, and later in the area that I dreamed about at nights for many years – it cannot remain without response.
The human has an incredible tendency to habituation. Often it’s like we cannot give up many things, because it would be a deviation from its natural condition, and it only is enough to just take a small step ahead the rank of your own habits and life may never be the same. That’s what happened to me in 2015, when for the first time in January in Moss, smiling with disbelief I inhaled norwegian air into the lungs, and when I exhaled it for the last time, broken inside and stressed, in December at the airport in Oslo.

I don’t like very much when someone asks me about Norway. It doesn’t come from the fact that I don’t like to share knowledge about it or I don’t like the person who asks. Usually, I just cannot put into words all that I’ve been through. My closest friends didn’t even have to ask. There are things that simply are not able to describe it, convey a whole range of feelings that accompany us. Even if it could be doable, I don’t think that anyone would understand it, as I do.

I am one hundred percent sure that I will never forget this year of 2015 – the best year of my life – and no, I’m not afraid to say so, although theoretically I still have many years ahead – this year has won everything. I lived like I always wanted – in a country which fascinated me the most,  in the capital and in a small town „in the middle of nowhere” among the fjords, I met people with whom, although contact is not everyday, I know for sure I will never be torn apart, because the people you meet in this kind of  situations become for you a „second family”. I can confidently say that I have met fantastic friends, and even love.

And there comes this moment when you are taken out of there and you have to go back to… well, exactly. To what? You would say – to „normal life”, but is it for you still a normal life, when you know that this life, that you lived there, was the most perfect you have ever had and would like things to stay as they are? And the best thing for you would be your family and friends from the country suddenly moving there, where you are living and you all could live happily ever after. But, unfortunately, it is not a fairy tale. You can simply call it back to ‚reality’ even though the concept of ‚reality’ itself somewhere in the middle of your head is inconsistent now. Okay, let it be, you’re going back to the ‚old reality’. You aren’t aware of it yet, but you’re coming back as ‚rich’ person, despite the fact that you had to gave away all your ‚treasures’ on the returning day. You come back richer for what you have experienced, you’re not the same person who once lived in your room back at home. Differently you’re looking at people, differently you’re speaking – you cannot switch from a foreign language into your native language, suddenly it turns out that you forgot how the tram lines are going, where are particular streets, you’re getting lost in your own city, you have to discover everything all over again – only true friends haven’t changed even a bit, despite the fact that a lot could have happened and a lot of it you’ve missed. You’re becoming accustomed to everything again. You’re healing slowly from the „hangover” / disease which you caught when you returned.

But are you cured in 100%?

I don’t think so, or at least don’t see it in perspective of my ensuing days, since Norway will be with me like a tattoo – forever, as the memory of the place where I have learned the perfect formula for life.

DSC_0046

So if you’ve ever wondered whether untie all the ropes and take the wind in your sails or not – go on an exchange. Don’t do it though, if you don’t want to be sick from constant longing after you’re back, if you don’t want to get to know some of the coolest people on the planet, if you don’t want to see, that you can live differently, if you don’t want to fulfill a dream, breathe deeply and live life to the maximum.

Don’t do this if you don’t want to be at least for one year the happiest person in the world.

_MG_0916

If while reading you’ve gotten to this point, thank you. I think that I’ve never written so personal post here until now. I also think that it can never be repeated. Facing those circumstances I thank you even more for taking a few minutes to read it, and thereby maybe also you  will decide to get to know a different reality.

Aśka

jump opera

Perła w koronie [FOTORELACJA]

(http://www.youtube.com/watch?v=4wF5oZM-iMY)

Czym jest owa „perła w koronie”? Odpowiedź całkiem prosta dla kogoś, kto jest zakochany w Norwegii – fiord Geiranger.

30-_MG_1175

Tak, tak. Ostatnio mam dość długą fazę spełniania moich największych i najstarszych marzeń, więc nikogo już nie zdziwi, że ZNÓW się powtórzę, a mianowicie – kolejne ogromne marzenie zostało odhaczone z mojej listy!
Do Voldy zawitali z wizytą Mila i Wojtuś. Jako, że miejscowość jest stosunkowo mała, zaczęliśmy rozważać, co można  zobaczyć w niedalekiej okolicy. Okazało się, że destynacji jest całkiem sporo, ale największą uwagę przykuł oczywiście – Geiranger. Leży ok. 150 km od naszego miejsca zamieszkania, więc relatywnie blisko, porównując odległości dzielące całą Norwegię i jej atrakcje od siebie nawzajem. Z początku chcieliśmy jechać autobusem, ale szybko okazało się, że nie ma dogodnego połączenia z Voldy do Geiranger (Volda – Ålesund –> Ålesund – Geiranger), więc jedynym rozwiązaniem było wypożyczenie samochodu. Po różnych wariacjach z datami wyjazdu wypożyczyliśmy samochód z firmy Avis, która ma siedzibę na lotnisku Volda-Ørsta (15 minut autobusem od Voldy, bilet 37 NOK). Koszt tej całodniowej wycieczki (wynajem samochodu na 24 godziny z GPS i ubezpieczeniem dla dwóch kierowców oraz paliwo – 17 litrów) zamknął się w 156 zł na osobę w pięcioosobowej grupie. Można tanio zobaczyć Norwegię? Można!

Mała fotorelacja

1-DSC_9949

przygotowanie do jazdy…

01-DSC_0017

04-_MG_0759

3-DSC_9975

01-_MG_0704

pierwszy przystanek na zdjęcia 😉

02-_MG_0712

02-DSC_0022

kolejne marzenie – pomieszkać w takim domku! 😀

2-DSC_9950

pasażerowie podczas długiej jazdy… 😛

05-_MG_0821

Mila za kierownicą po zauważeniu znaku: „CO?! To jednak jedziemy Drogą Trolli?! Tą, tą krętą?! O, Boże!”

03-_MG_0727

na zakrętach Trollstigen 😀

16-DSC_0231

03-DSC_0035

jak tu nie kochać „drogi”? ♥

17-DSC_0233

druga przerwa na zdjęcia 😉

07-_MG_0869

Mila i jej komendy: „ODWRÓCIĆ SIĘ!”

04-DSC_0054

oczywiście, zbudowałam kamienną wieżyczkę, bo… kiedyś tam wrócę! 😉

06-_MG_0859

05-DSC_0072

08.Wojciechowska.Joanna

08-_MG_0898

wszyscy chcą być baletnicami 😀

09-_MG_0900

trzecia przerwa na zdjęcia i jogurt 😛

10-_MG_0915

11-_MG_0921

12-_MG_0944

15-_MG_1005

mapka Geiranger

14-_MG_1001

Flydalsjuvet

13-_MG_0993

Flydalsjuvet

06-DSC_0137

Flydalsjuvet z widokiem na piękny Geiranger ♥

08-DSC_0196

14-DSC_0209

no, cóż… 😀 jak tu się nie zgodzić 😀

09-DSC_0197

10-DSC_0200

11-DSC_0202

12-DSC_0203

piękne wnętrze kawiarnio – cukierni

13-DSC_0204

w której na pocieszenie (nie odnalazłam wiszącej skalnej półki – dlatego trzeba tam wrócić! :P) kupiłam najdroższe i najsmaczniejsze brownie w moim życiu, oraz jeszcze droższy kawałek czekolady z logiem Geiranger (eh, babskie humorki…)

15-DSC_0212

Jakub i jego ulubione „Moods of Norway” 😉

16-_MG_1037 17-_MG_1043

07-DSC_0166

18-_MG_1062

19-_MG_1068

kochamy Geiranger ♥

28-_MG_1086

ekipa szukająca mojej skalnej półki – po raz drugi… (postawa Jakuba ukazuje jak zmotywowani byliśmy do jej odnalezienia!)

29-_MG_1088

poszukiwania jednak spełzły na niczym

4-DSC_0263

zachód słońca zwieńczył nam ten wspaniały dzień! 🙂

Pozdrawiam z kapryśnej, pod względem pogody, Voldy!

Aśka 🙂

P.S.
Na koniec nasze wygłupy z norweskim Trollem w osadzie Geiranger 😉

wygłupy z norweskim Trollem ;)

Trochę inne „Frozen” [FOTORELACJA]

Wspinaczka na lodowiec. Za darmo. Taka informacja pojawiła się na grupie na Facebook’u, więc wszyscy międzynarodowi studenci postanowili, że jadą. Wpisuję nazwę lodowca w Google i okazuje się…

Okazuje się, mówiąc krótko, że bardzo marzyłam kiedyś, aby zobaczyć ten lodowiec na własne oczy.  Briksdalsbreen. Jest to ramię największego europejskiego kontynentalnego lodowca – Jostedalsbreen. Jest go z roku na rok coraz mniej, więc bardzo się cieszę, że jeszcze było mi go dane zobaczyć 😉

Wycieczka rozpoczęła się o 7:45 w sobotę (12.09), a zakończyła tego samego dnia mniej więcej o godzinie 18:30. I po raz kolejny okazało się, że nie cel podróży, a sama droga jest równie fascynująca, a nawet czasem ciekawsza. Oto fotorelacja z wycieczki:

01-11031933_1103173066377840_1579655643406561873_o 02-11952782_1103173123044501_6283145030553430650_o 03-11942134_1103173156377831_6472068377226875728_o 04-11958113_1103173573044456_8721204580819548427_o 05-DSC_8836 06-DSC_8841 07-DSC_8864 08-DSC_8899 09-DSC_8915 10-DSC_8917 11-DSC_8919 12-DSC_8922 13-DSC_8931 14-DSC_8943 15-DSC_8954 16-DSC_8963 17-DSC_8978 18-DSC_8984 19-DSC_9004 20-DSC_9012 21-DSC_9082 22-DSC_9105 23-DSC_9109 24-DSC_9112 25-DSC_9115 26-DSC_9118 27-DSC_9120 28-DSC_9137 29-DSC_9140 30-DSC_9149 31-DSC_9159 32-DSC_9162 33-DSC_9172 34-DSC_9205 35-DSC_9208 36-DSC_9209 37-DSC_9213 38-DSC_9219 39-DSC_9226 40-DSC_9230 41-DSC_9231 42-DSC_9242 43-DSC_9244 44-DSC_9249 45-DSC_9255 46-DSC_9259 47-DSC_9261 48-fun 49-DSC_9288 50-DSC_9294 51-DSC_9302 52-DSC_9307 53-DSC_9310 54-DSC_9312 55-DSC_9313 56-DSC_9314 57-DSC_9327 58-DSC_9328 59-DSC_9330 60-DSC_9340 61-DSC_9357 62-DSC_9358

Gdy jesteś za granicą… (1/2) VIDEO

Parę dni temu postanowiłyśmy przyłączyć się do wydarzenia na Facebook’u (https://www.facebook.com/events/875011865899732/?ref=25&sid_reminder=2879217685781020672&action_history=null) – „Narodowy Dzień czytania >>Pana Tadeusza<<” . W związku z tym nagrałyśmy krótkie video, które jest zapowiedzią następnego wpisu.

Pozdrawiamy,

Aśka&Asia Company 😉

Oslo’s essentials (1/2): clothes

Moda, ubrania, trendy, wybiegi, czerwone dywany. To, co nosimy na sobie czasem potrafi zdefiniować, jaką osobą jesteśmy, choć nie zawsze reguła ta znajduje zastosowanie. Czasami nie przejmujemy się w ogóle, jak wyglądamy – chcemy, aby było nam zwyczajnie wygodnie.

DSC_0798

Opowiem Wam o czymś pół żartem – pół serio. Przenieśmy się na moment pół roku do tyłu, do momentu, gdy jeszcze mieszkałyśmy w Oslo. Jest coś, co żartobliwie nazwałyśmy z Asią „norweską stylówką”. Gdy przyzwyczajałyśmy się w pierwszych dniach powoli do tego, że krajobraz – a co za tym idzie – ulice, nie są płaskie, a wznoszące się i opadające, obserwowałyśmy cały ten nowy dla nas świat.

Styczeń 2015

Joanna Wojciechowska wybiera się do kraju skandynawskiego na studia. Jeszcze nigdy tam nie była. Wiadomo, że będzie zimno, więc zabiera (o, zgrozo! to nieszczęsne) futro i długą, czarną kurtkę zimową. Lubi dobrze wyglądać, kobieco, więc pakuje śniegowce na koturnie, a na nogi czarne kozaki na obcasie (no, pasują przecież do kurtki).

Dwie Joanny wysiadają na lotnisku i na razie wszystko jest w porządku (no, prawie – może oprócz trzech walizek o łącznej wadze 50kg – klik). Po czasie znajdują się w centrum Oslo i… okazuje się, że nie jest kolorowo. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie w tym momencie siebie wtedy w całym tym futrze, kozakami na obcasie i trzema walizami. Jak ja to zrobiłam?! Nigdy więcej takiego błędu…

Bądź, co bądź, po niedługim czasie okazało się, że buty na obcasie nie są przyjazne. Nawet te na koturnie. Na szczęście w dwa-trzy tygodnie później dostałam w paczce z Polski nowe buty na płaskiej podeszwie. I od tamtej pory zaczęłam rozumieć, czym jest nasza „norweska stylówka”.

Nie pamiętam, czy kiedykolwiek widziałam na ulicy (nie licząc klubów nocnych, choć tutaj też nie zauważałam tego często) Norweżkę, bądź po prostu mieszkankę Oslo, w butach na obcasie. Spódnice? Rzadko. Spódniczki? Dopiero, gdy robiło się cieplej. W dodatku obuwiem, które panie zakładały najczęściej do dwóch wcześniej wymienionych części garderoby były trampki, bądź inne buty sportowe. Co więcej – nie wyglądało to jakkolwiek źle! Nikt nie silił się na elegancję – ważne, aby było funkcjonalnie i wygodnie. Okej, no to spróbujmy – zaczęłyśmy wdrażać ową filozofię do naszych garderób.

Co uznałyśmy za „essentials” to mniej więcej:

  • kurtka parka
  • długi sweter

sweterek

  • długie spodnie z nogawkami podwiniętymi na znaną u nas „modę dla powodzian” (sprawdza się genialnie, gdy pada!)
  • minimalistyczna koszulka
  • trampki/buty sportowe
  • mała torebka/torba płócienna
  • nazwany przez nas „bajglem” koczek z tyłu głowy przy rozpuszczonych włosach

bajgiel

Oto efekty!

Oslo's essentials asia Oslo's essentials ja

Kiedy wróciłyśmy w maju do Polski, wciąż stosowałyśmy tę zasadę wygody. Gdy więc spotkałyśmy się na lotnisku w Łodzi w czerwcu, aby polecieć na pięć dni do Oslo w ramach egzaminu, przywitałyśmy się śmiechem i słowami: „Ooo, widzę, że masz na sobie >>norweską stylóweczkę<< !”.  A teraz tradycję tego ubioru kontynuujemy w jeszcze bardziej górzystej Voldzie.

Pamiętajcie tylko, że to, co dziś Wam opowiedziałam, mówiłam z przymrużeniem oka, nie aspiruję na pewno do miana „blogerki modowej” (o, nie, nie, nie…) 😉

Jeśli chcecie się przekonać, że to, co powiedziałam, jest prawdą zajrzyjcie na tę stronę: KLIK. Tekst jest po norwesku, ale polecam obejrzeć filmik 🙂

A Wy jesteście bardziej za elegancją, czy wygodą?

Pozdrawiam! 🙂