Rzuciłam studia…

Rzuciłam studia…

Na uniwersytecie łódzkim

Skorzystałam z pierwszej możliwej okazji, żeby uciec
z naszej uczelni, kiedy nadarzyła się druga – nawet się nie zastanawiałam.

Post ten będzie o tym, co mnie (i nie tylko) wkurza, deprymuje i irytuje w polskim szkolnictwie wyższym. O zasadniczych różnicach pomiędzy Polską, a Norwegią pisała już Aśka w swoim poście zaraz po powrocie z Oslo {klik}.

Wówczas jeszcze nie miałyśmy tak wiele punktów odniesienia, jak teraz. Po semestrze w stolicy Norwegii i połowie pobytu w Voldzie mogę powiedzieć, że niektóre zarzuty kierowane pod adresem polskich uczelni są prawdziwe. Pierwszym z nich i zarazem najpoważniejszym jest przesadny nacisk kładziony na teorię z wyłączeniem zajęć praktycznych. Przykład: warsztaty telewizyjne na uniwerku łódzkim – odnosząc się do programu zajęć studenci nauczą się jak wygląda specyfika pracy dziennikarza telewizyjnego, dowiedzą się o problemach, jakie mogą napotkać podczas rejestrowania, montażu i obróbki obrazu i dźwięku w telewizji i… na tym ich wiedza się zamknie, bo szkoła nie posiada nawet kamery, którą mogliby nagrać jakikolwiek materiał. W Voldzie do dyspozycji każdego studenta jest profesjonalny sprzęt do nagrywania, który można wypożyczyć! Mamy nieograniczony dostęp do studia telewizyjnego i fotograficznego.

W Polsce studenci korzystający z jakiejkolwiek elektroniki pilnowani są jak więźniowie na spacerniaku. W Norwegii szkoła otwarta jest 24h na dobę. W każdej chwili możesz wejść, rozsiąść się w wygodnej kanapie, wziąć do ręki aparat za kilka tysięcy i bawić się
w prywatnego fotografa robiąc któreś z kolei selfie. W Polsce wszystko sprowadza się do frazy: „Nie rusz, nie dotykaj !” Zakaz za zakazem, paranoja.

Nauka o mediach sprowadza się do wkuwania na blachę regułek z książek, których świetność, a przede wszystkim aktualność umarła dwadzieścia lat temu. Nie wspominając już o żałosnym wyposażeniu biblioteki, w której często dostanie się do naprawdę wartościowych źródeł graniczy z cudem, a księgozbiór wygląda jak archiwum państwowe.

Wracając do tematu bezsensownego wkuwania teorii. To nie jest tak, że studiując w Norwegii nie musisz wertować literatury, a nauka (w naszym przypadku Photo for Media i Strategic Design) ogranicza się do biegania po mieście z aparatem i prężenia się przed telewizyjną kamerą. Teoria wykładana jest w sposób, który przede wszystkim nie męczy studenta. Dwugodzinny wykład o doktrynach politycznych? No way! Wszystko ma swoje przełożenie w praktyce. W Norwegii żaden wykładowca nie robi co tydzień kolokwium, żeby sprawdzić, czy wszyscy potrafią już bezbłędnie zapisać przytoczone na poprzedniej prelekcji regułki. Większość zajęć odbywa się w formie warsztatów podczas których intensywnie pracuje się nad danym zagadnieniem. Jeśli mamy braki w wiedzy teoretycznej sami skazujemy siebie na „cierpienie”, bo podczas takich kilkunastogodzinnych sesji nie ma czasu na szukanie odpowiedzi w książkach. Wykute na blachę regułki też nie pomogą, kiedy nie mamy pojęcia, jak umiejscowić je
w rzeczywistości. Kolejną kwestią jest czas, który spędzamy, a raczej marnujemy na uczelni w Polsce. Zajęcia od 8:00 do 18:00, z trzygodzinnymi okienkami w międzyczasie to rzecz, która wywołuje śmiech u Norwegów. W Voldzie przedmiotów mamy mniej i są one połączone w bloki tematyczne. Większość przedmiotów zaliczanych jest na zasadzie projektów końcowych i prac zespołowych. Owszem, nie spędzamy większości naszej doby w szkole, co nie oznacza, że mamy mniej obowiązków. Różnica polega na tym, że w Norwegii szanuje się preferencje jednostki. To od ciebie zależy, kiedy spotkasz się ze swoją grupą, żeby popracować nad wspólnym projektem, czy pójdziesz do studia nagrać materiał. Nikt nikogo nie umieszcza w żadnym harmonogramie godzinowym. Studenci koczujący na wydziale filologicznym

Pamiętam to koczowanie na podłodze albo próby ułożenia się na niewygodnych upijających w plecy ławkach i na samą myśl, że to wszystko mogłoby wrócić robi mi się słabo.

Wyposażenie polskich uniwersytetów pomijając aspekt naukowy to kolejny słaby punkt. Okienko w planie – musisz poczekać, ale nie masz gdzie, bo nie funkcjonują popularne za granicą pokoje cichej nauki z wygodnymi kanapami, stoliczkami
i ogólnodostępnymi komputerami. Kolejna myśl, jaka przychodzi Ci do głowy to biblioteka. Trzymasz w ręku książkę, wyjmujesz kubek termiczny, pss… i musisz go schować, bo przecież zaraz na pewno zalejesz pół wypożyczalni. W Norwegii nie mają
z tym większego problemu i nigdy nie trafiłam jeszcze na brudną, poplamioną książkę. Jak widać studenci to też ludzie.

W Oslo przyniosłam kiedyś na zajęcia z Web Publishing and Information Architecture kawę i niechcący wylałam ją na stanowisko, które znajdowało się obok mnie zalewając całą klawiaturę. Zrobiłam się purpurowa i pomyślałam, że zaraz zostanę wyrzucona z sali. Osłupiałam, kiedy nauczyciel podszedł do mojej ławki i pomógł mi sprzątać.

Myślę, że przytoczona przeze mnie historia doskonale wyjaśnia fenomen zagranicznych uczelni, gdzie student nie jest traktowany jako zło konieczne, z którym jednak wypada obchodzić się w kulturalny sposób, bo uczelnia dostaje za niego pieniądze, ale jako partner, z którym można nawiązać współpracę i w ten sposób kształtować go oraz szkolić. Uczelnie norweskie nie tłamszą swoich uczniów, nie zabijają w ich kreatywności, tak jak mają w zwyczaju robić to nasze polskie uniwersytety. Przekonałam się o tym ostatnio, kiedy próbowałam ustalić temat mojej pracy licencjackiej i zostałam delikatnie ujmując poskromiona, bo zagadnienie, które zaproponowałam wydawało się zbyt rewolucyjne.  Dla własnego dobra wróciłam do szeregu, ale sytuacja ta utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że gdybym nie złożyła wniosku aplikacyjnego na obie zagraniczne uczelnie to po skończeniu studiów prędzej znalazłabym pracę w  branży archeologicznej niż dziennikarskiej.

Macie jakieś doświadczenia związane ze studiowaniem za granicą ? Podzielcie się nimi w komentarzu!

Pozdrawiam,

Asia

Advertisements

3 uwagi do wpisu “Rzuciłam studia…

  1. Zgodzę się co do braków w sprzęcie oraz zapleczu. Też irytowała mnie teoria wykładane w „próżnię” bez odniesienia do praktyki, chociaż wiele z tych teorii nabiera sensu, kiedy zrozumie się gdzie je można zastosować. I tak, na UŁ czasem zdarza się uderzać głową o betonowy mur. ALE – mamy wielu fantastycznych młodych wykładowców, którzy próbują zarazić pasją. Owszem, wyposażenie techniczne jest pilnowane, ale moim zdaniem to wina ludzi, który nie szanują sprzętu (sama przekonałam się, że studenci bardzo lekkomyślnie podchodzą np. do uczelnianych dyktafonów, bo jak wspólne to znaczy, że niczyje, a nawet jak się coś popsuje to lepiej się nie przyznawać).
    Co do braków w bibliotece – serio? Sama napisałam już na UŁ trzy prace dyplomowe i jakoś dotarłam do wszystkich książek. A nawet jeśli jakieś pozycji nie ma, wystarczy podejść do bibliotekarza, zamówić książkę z innego miasta i odebrać za parę dni. Bardziej narzekałabym na to, że sporo książek jest na miejscu, ale z drugiej strony – to są studia, można się czasem wysilić i posiedzieć w bibliotece. I tu też bez sensu jest dla mnie zarzut o kubkach termicznych – zdarzało mi się przychodzić do BUŁy na kilka godzin, często miałam na swoim stoliku butelkę z piciem. Nawet jakieś jedzenie miałam, ale że nauczono mnie, że nad książką się nie je, to jak miałam ochotę coś przekąsić po prostu robiłam sobie przerwę i siadałam na jednej z kanap albo szłam do strefy relaksu.
    Podsumowując – do Zachodu jest nam jeszcze daleko, ale nie dramatyzowałabym, szczególnie jeśli chodzi część opisanych tu kwestii 😉

    Lubię to

    • Dziękuję za włączenie się do dyskusji. Chciałabym zauważyć, że w swojej wypowiedzi nie wyraziłam jednoznacznej opinii na temat wszystkich wykładowców, którzy pracują na naszym uniwersytecie. Temat jest zbyt złożony, żeby wystarczająco dobrze zgłębić go w jednym poście. Poza tym moim celem było uwypuklenie różnic w systemie edukacji wyższej, a nie ocena pracy poszczególnych nauczycieli akademickich. Nawiązując do lekkomyślnego zachowania studentów, którzy niszczą sprzęt akademicki- w Norwegii zdarza się to niezwykle rzadko, ale myślę, że wynika to z różnic na podłożu kulturalnym, o czym chciałabym napisać w następnym poście. Pisząc o brakach w bibliotece miałam na myśli nowe książki wydane np. dwa lata temu. Niestety w “bule” nie znajdziemy wystarczająco dużo pozycji nawiązujących do tematyki nowych mainstreamowych trendów. Nie wspominając już o lekturach zagranicznych naukowców i badaczy. Napisałaś, cytując: “ Podsumowując – do Zachodu jest nam jeszcze daleko, ale nie dramatyzowałabym, szczególnie jeśli chodzi część opisanych tu kwestii” Jeden mały szczegół: Norwegia znajduje się na północy Europy, a jej kultura różni się na tyle, że nie powinno porównywać się jej do szeroko rozumianego “Zachodu” Celem mojej wypowiedzi nie była dyskredytacja Polski, jako kraju, który zawsze pozostaje w tyle, a jedynie opisanie zauważalnych( nie tylko przeze mnie) różnic w systemie edukacji. Bardzo się cieszę, że udało Ci się napisać trzy prace dyplomowe. Nie pozostaje mi nic innego, jak pogratulować i życzyć dalszych sukcesów w życiu zawodowym. Pozdrawiam.

      Polubione przez 1 osoba

  2. Podpisuję się pod tym tekstem całym sercem.
    I już czuję przerażenie na myśl o powrocie na UŁ. Było strasznie gdy po prostu się tam studiowało. Teraz, gdy dodatkowo będę miała porównanie z uczelnią w Oslo…zwariuję z frustracji po pierwszym tygodniu!

    Polubione przez 2 people

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s