Tak naprawdę to studiowałyśmy

Tak, przyjechałyśmy tu na studia. Ja wiem, wiem. Wielu z naszych znajomych myśli, że to były wakacje. Kurczę, w sumie to też prawda. Dlaczego? Bo tutaj studiuje się inaczej.

1

Od początku wiedziałam, że będzie trochę inaczej, niż w Polsce. Odkąd dowiedziałam się, że będziemy miały tylko dwa przedmioty zastanawiałam się, co w ogóle będę robić przez resztę tygodnia? Jakieś łazikowanie? Wycieczki? A może praca?

Naszymi przedmiotami było Web Publishing and Information Architecture oraz Information and Communication Theory. W obu przypadkach miałam jakieś oczekiwania i skojarzenia. Gdy myślałam o pierwszym przedmiocie jawiło się przede mną pisanie różnych tekstów dziennikarskich, analizowanie gatunków internetowych, zapoznawanie się z internetowymi wydawnictwami i tym podobne. Z kolei co do drugiego przedmiotu miałam wątpliwości od momentu, gdy usłyszałam jego nazwę. Studenci dziennikarstwa z UŁ będą wiedzieć, co mam na myśli, kiedy powiem, że przeraziłam się, iż będzie to po raz kolejny „Nauka o Komunikowaniu”. Dla niewtajemniczonych: jeden z najbardziej niepraktycznych i znienawidzonych przedmiotów przez studentów dziennikarstwa z Łodzi, opierający się na teoretycznej nauce schematów komunikacyjnych i pisanie kolokwiów pod dyktando.

Spotkała mnie pół-na-pół miła niespodzianka.

Naszymi pierwszymi zajęciami była owa „nauka o komunikowaniu”, jak nazywałam to w myślach. Modliłam się w duchu, żeby wykłady były ciekawsze, a najlepiej zupełnie inne od tych z Łodzi. Moje modły zostały wysłuchane, ale o tym przekonałam się dopiero na następnych zajęciach, gdyż pierwsze miały charakter zapoznawczy. Nigdy też później nie mogłam zapamiętać nazwy tego przedmiotu, wszyscy z resztą mówili na niego „Robert” – od imienia profesora. Swoją drogą profesor był osobą bardzo ciekawą, zaangażowaną i ciepłą, jednak z tych zajęć cieszyłabym się bardziej będąc Norweżką. Dlaczego? Na każdych zajęciach odbywały się prezentacje. Byli na nie zapraszani przedstawiciele różnych firm związanych w Norwegii z mediami i  dziennikarstwem, często absolwenci tego uniwersytetu. Co robili, to przedstawianie firmy, mówienie o swojej ścieżce zawodowej, opis pola, którym zajmuje się firma i w efekcie miało to zachęcić moich norweskich kolegów i koleżanki do podjęcia ‚internship’ (jedno z ulubionych słów Roberta ;)) – stażów.

sala wykładowa widok z mojej ławki

Sposobem zaliczenia tego przedmiotu było zadanie – napisz pracę naukową (m.in. 15 stron) na wybrany przez siebie temat, który traktuje o mediach, który był poruszany na zajęciach. Proste, prawda? Nic bardziej mylnego. Już wolałabym dostać temat, niż sama go wymyślać. Teoretycznie czas na pisanie był od początku semestru. Praktycznie zrobiłam to w dwie ostatnie noce, poświęcając je w całości na pracę. Bardzo niemądrze 😉 ale zdać, zdałam 🙂

Na czym polegało Web Publishing? Oto ta mniej miła część niespodzianki. Było to nic innego, jak tworzenie stron internetowych, nauka HTML5, CSS, JavaScript i wielu innych, których nazw nie pamiętam, i nie znam ich zastosowania. Przez pewien czas zajęcia odbywały się dwa razy w tygodniu: wykład i ćwiczenia. Cóż, na wykładach nie było mnie za często, ale to głównie za sprawą moich gości z Polski, za to na ćwiczeniach byłam w miarę często. Niestety, nie na tyle często, żeby poradzić sobie samej z zaliczeniem – stworzeniu strony www. Jakie szczęście miałam, że moi przyjaciele, Sven i Gunnar oraz Wouter, nie wahali się mi pomóc (oczywiście, najpierw po dawce żartów i docinków) i z ich pomocą w dwa dni stworzyłam coś, co chyba można nazwać stroną internetową. Do tego dochodziło napisanie 5-10 str. raportu z tworzenia strony oraz egzamin ustny, na który musiałam specjalnie przylecieć z Polski w czerwcu na pięć dni.

Prawdziwy egzamin miałam tylko z języka norweskiego: standardowo kartki z pytaniami oraz odpowiedź ustna. To, na szczęście, poszło mi najlepiej!

Co ciekawe przy ocenianiu: skala jest sześciostopniowa (F- jako najniższa, A- jako najwyższa).

Jak wyglądała nasza szkoła? Jedna z najładniejszych jakie widziałam: połączenie modernizmu z naturą i tradycją. Jaką tradycją? – ktoś mógłby zapytać. Otóż, budynek naszej szkoły jest odrestaurowanym i wyremontowanym budynkiem browaru Frydelund.

(kliknij w obrazek, aby go powiększyć! :))

Dlaczego na początku stwierdziłam, że tutaj studiuje się inaczej? Cóż, nie ma znaczenia, czy jesteś z wymiany czy studiujesz tu regularnie. Nawet w szkole obowiązuje wspomniany już przez nas na blogu system „Work-Life Ballance”, który pozwala jednocześnie uczyć się, pracować i poświęcać swoim pasjom, ponieważ zostawia wiele czasu do własnej dyspozycji, dzięki czemu żyje się w zgodzie ze sobą, oraz spokojnie z dnia na dzień.

Czy nie byłoby pięknie, gdyby i na naszych uniwersytetach i w innych szkołach obowiązywała taka zasada?

Pozdrawiam,

Aśka 😉

Reklamy

5 uwag do wpisu “Tak naprawdę to studiowałyśmy

  1. Pingback: Rzuciłam studia… | Obywatelki Świata

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s