Domówki, balety, czyli o gorącym życiu w chłodnym Oslo

Znalazłam godzinę! W natłoku wyjść i spotkań mam chwilę dla siebie. Mogę spokojnie usiąść 

 

i pisać, chociaż nie wiem, czy wszystkie emocje, które mi towarzyszą pomieści ten post. Na Erasmusie żyje się szybko, a planowanie czegoś choćby z jednodniowym wyprzedzeniem jest totalnie bez sensu. Przykładem tego jest nasza kochana Ada, która dopiero teraz opowiedziała Wam 

 

o swojej podróży. W ciągu ostatniego tygodnia na brak atrakcji nie narzekałyśmy. Wyjść miałyśmy bardzo dużo. Począwszy od wizyt w pubach, czy domówek, po spotkanie z kanadyjskim naukowcem, a zakończywszy na tzw. „Language cafe”, dzięki któremu ponowiłam naukę niemieckiego. Uczestniczyłyśmy również w spotkaniach o charakterze rozrywkowym. Większość imprez zorganizowanych było przez grupę naszych buddych (studentów wyznaczonych jako opiekunów dla „międzynarodowych”)  Nie znam chyba innej formy integracji, jak spędzanie ze sobą czasu. Należy jednak zaznaczyć, że wasze wyobrażenia o imprezach erasmusowych w tym wypadku są błędne. Norwedzy uwielbiają grać w różne gry, również te planszowe. Lubią praktycznie spędzać czas 

 

i łączyć przyjemne z pożytecznym, dlatego często organizują różnego rodzaju quizy. My także brałyśmy udział w jednym sprawdzającym wiedzę o krajach skandynawskich. Nagrodą były słodycze, więc wszyscy staraliśmy się wypaść jak najlepiej, żeby je wygrać(W Norwegii na wagę złota). Na Erasmusie w Norwegii pijany nikt nie chodzi.  Prostą przyczyną są ceny alkoholu(piwo ok 34 NOK) oraz pewne regulacje prawne. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy wychodząc na domówkę postanowiłyśmy kupić sobie piwo i dowiedziałyśmy się, że już nie możemy. W supermarketach dostaniemy tylko piwo, wysokoprocentowe trunki sprzedawane są w specjalnych sklepach. Alkohol w Norwegii kupimy tylko do 20:00 w dni powszechne, a do 18:00 w soboty. W niedziele sklepy są nieczynne. Przejdźmy jednak do sedna sprawy. Imprezy są doskonała okazją do poznania nowych ludzi i podtrzymywania kontaktu z osobami, które poznaliśmy już wcześniej. Z miejsc, które odwiedziłyśmy najbardziej przypadł mi do gustu pub Blå mieszczący się przy ulicy Brenneriveien 9. Co tydzień, w każdą niedzielę odbywają się tam występy na żywo dość popularnej norweskiej kapeli Frank Znort Quartet. Na pierwszy z nich zostałam zaproszona przez przemiłego Meksykańczyka Arturo. Pisał do mnie codziennie, pytał o moje wrażenia, oferował wspólny wypad na największy, znany w całym Oslo targ Grønland. Postanowiłam się z nim spotkać, a ponieważ wykazywał szeroko pojęte zainteresowanie moją osobą poprosiłam Aśkę, żeby mi towarzyszyła. Na wszelki wypadek swoje wyjście zaanonsowałyśmy naszemu przyjacielowi Thijsowi z Amsterdamu.
( Nie dlatego, że Arturo jest z Meksyku, zrobiłabym tak w każdym innym przypadku ) 
Wręczyłyśmy mu kartkę: 

Jego reakcja była następująca: 
” What am I supposed to do with this?” 
Aśka odpowiedziała: 
„If we weren’t at home before 11 p.m, Call the police, polish embassy, whoever” 
Po chwili zawahania Thijs wybuchnął śmiechem i poinformował nas, że on również tam się wybiera, Jego kumple stojący obok mu zawtórowali. Rozbawieni całą sytuacją ruszyliśmy do windy. Zjechaliśmy na pierwsze piętro, na którym czekał na nas Arturo. Chłopaki udali się do baru po piwo, a my zaczęłyśmy pląsać w rytm muzyki. Przed koncertem w tle leciała salsa i Arturo od razu porwał mnie do tańca. Aśka nie mogła opanować śmiechu, ale zdołała nakręcić to oto krótkie video: 
(Mam dystans do siebie, inaczej nie zgodziłabym się na publikację  :D) Nie było chyba tak źle, bo zaproponowano mi przyśpieszony kurs salsy. Potańczyliśmy jeszcze trochę i zaczął się koncert. Na scenę weszła kapela Frank Znort Quartet. Zaczęła się prawdziwa impreza! Zespół mieszając przeróżne gatunki muzyczne tworzy mieszankę, która przypadnie do gustu każdemu, kto lubi się świetnie bawić. Melodie są żwawe i wesołe, a nogi same rwą się do tańca. Istna fabryka endorfin! Kapela gra w każdą niedzielę, wstęp jest bezpłatny, co jest doskonałą alternatywą do spędzenia leniwego niedzielnego wieczoru. Byłyśmy tam już dwa razy i za każdym razem wracałyśmy w lepszym nastroju. Nie był to jednak jedyny lokal, który odwiedziłyśmy. 
W Oslo znalezienie miejsca, które charakterem odpowiada znanej wszystkim Łodzianom „Czekoladzie”, czy „Lordis” graniczy z cudem. Osobiście mi to nie przeszkadza. W centrum miasta znajdziemy puby, a do większości klubów wstęp jest płatny. Niczym niezwykłym są kolejki ludzi czekających na wejście do danego lokalu, O tym, że: „kto pierwszy, ten lepszy” przekonałyśmy się, kiedy nasza grupa nie dostała się na największą imprezę dla erasmusów, organizowaną przez nasz uniwersytet „Welcome party at HiOA”. Po prostu przedłużyło nam się tak zwane before party, które zorganizował nasz kolega Fredrik. Wszyscy bardzo dobrze się bawiliśmy i całkowicie straciliśmy poczucie czasu. 

 

Before party. Od lewej:ja, Annica, Nika
 
Before party. Pierwszy rząd(od lewej): Romina, Julia, Meredith. Drugi: Ja, Aśka, Arwen. W tle Wouter 🙂
Od lewej: Paula, Meredith, Romi, Axel

Kiedy ostatecznie opuściliśmy przytulne, przepięknie urządzone mieszkanie i udaliśmy się do pubu napotkaliśmy olbrzymi tłum oczekujących na wejście. Szansy na dostanie się do środka praktycznie nie było. Nasza grupa rozpoczęła poszukiwania nowego miejsca. Ponad godzinę chodziliśmy po mieście. W końcu udało nam się znaleźć lokal z bezpłatnym wstępem, więc uradowani wskoczyliśmy do środka. Poprzedni tydzień zakończyłyśmy wizytą w pobliskim pubie Bla, o którym pisałam już wcześniej. Jesteśmy z siebie dumne, że udało nam się tam dotrzeć i szczęśliwie wrócić do akademika. Dużym utrudnieniem były pokryte lodem chodniki. Schodząc z górki podpierałyśmy się o balustradę, a i to nie pomogło, bo dwa razy wylądowałam na czterech literach. Jeśli komuś w Polsce nie podoba się stan chodników zimą, zapraszamy do Oslo. Tutaj nikt nie przejmuje się ewentualnymi zagrożeniami spowodowanymi oblodzoną nawierzchnią. Norwedzy nie widzą żadnego problemu albo przybijają gwoździe do podeszwy.( tak mi się wydaje)  Na stronie dla międzynarodowych studentów znalazłam ostatnio praktyczne rady nawiązujące do tego, jak stawiać stopy, żeby się nie przewrócić: 
 
 
 

 

Asia, z oblodzonego Oslo 🙂
P.S  Mamo przyślij mi jabłuszko zjazdowe, skoro tu i tak ląduje się na pupie ! 
Reklamy

4 uwagi do wpisu “Domówki, balety, czyli o gorącym życiu w chłodnym Oslo

  1. KAT
    Bardzo się cieszę, że podoba Ci się to,o czym piszę. „Mieszanina narodowościowa” jest chyba największą wartością na tej wymianie, Po miesiącu pobytu tutaj w Oslo poznałam ludzi z różnych zakątków świata. Przebywając z nimi codziennie, ucząc się, studiując oraz spędzając wspólnie wolny czas nabieram nowych doświadczeń. Owszem bardzo często towarzyszy mi uczucie tzw „culture shock”, ale do wszystkiego można szybko przywyknąć. Pozdrawiam 🙂

    Polubienie

  2. Fajnie piszesz!
    Ale zastanawiam sie nad tym procesem integracyjnym, czy mieszanina narodrsciowa nie przyprawia o zwrot glowy? 🙂
    Wiem z doswiadczenia ze” pod wplywem „wszystkie lenguage takie same 🙂
    pisz wiecej , ja czytam

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s