Perypetii ciąg dalszy… | +PHOTOS

Jedno z moich najbardziej ulubionych zdjęć ostatnio. Zrobiłam je pierwszego dnia, tuż po przyjeździe. W tym widoku z okna zakochałam się bez pamięci. Zakochanie w Oslo nie jest typowym zakochaniem, gdyż apetyt, owszem, rośnie w miarę jedzenia, ale odkrywając jego zakamarki jednocześnie mnie przyciąga coraz bardziej do siebie, zamiast odpychać. Ma to związek również ze wszystkim, co napisała Asia w swoim poprzednim poście. Gdy teraz czytam o naszych perypetiach z bagażami, nie mogę powstrzymać się od śmiechu na głos, mimo, że wtedy szczęśliwa nie byłam. Z tego, co pamiętam to, owszem, śmiałam się, ale wydaje mi się, że to był śmiech ze zdenerwowania – wtedy gdy w sumie nie wiesz, czy śmiać się, czy płakać.
W ciągu tych paru dni wydarzyło się mnóstwo ciekawych i zabawnych rzeczy – wszystkie bardzo pouczające 😉 Będę uzupełniać poprzednią relację Asi i dodam parę nowości od siebie. Ale od początku…

Gdy już wreszcie dotarłyśmy na pierwsze zajęcia z Information and Communication Theory (prowadzenie: Robert Vaagan) okazało się, że nie jesteśmy jedynymi Polkami w sali… Robert wyliczał studentów zagranicznych i odliczając polskich studentów powiedział „Three Polish students”. Rozejrzałyśmy się po sali i dostrzegłyśmy Paulinę. Paulina również studiuje na UŁ, ale nie wiedziałyśmy, że zamierza przedłużyć swój wyjazd o jeszcze jeden semestr. Tutaj znajdziecie jej bloga: klik 🙂 Przyznam, że dobrze jest mieć tutaj jeszcze kogoś, kogoś kto się zna na wszystkim lepiej i potrafi podpowiedzieć.
Po zajęciach podeszły do nas dwie Norweżki i porozmawiałyśmy chwilę, po czym dołączył sam prof. Vaagan. To była bardzo miła konwersacja: rozmawialiśmy o naszym przyjeździe, o Polakach w Norwegii (prof. Robert wypowiadał się o nich w samych superlatywach), gdzie możemy ich spotkać, do których kościołów pójść, jeśli chcemy uczestniczyć w katolickiej, polskiej mszy i tym podobne. Podeszła również jedna dziewczyna, Bjørg, która jest jakby „przewodniczącą klasy”, kimś kto sprawuje pieczę nad studentami z wymiany i dba o dobrą atmosferę w całej grupie, zajmuje się sprawami organizacyjnymi. Zaproponowała nam prywatne spotkanie integracyjne następnego dnia. Zgodziłyśmy się na nie z wielką ochotą. Tego dnia po powrocie do akademika poszłyśmy na pierwsze zakupy. Trochę zadziwiły nas ceny, jednak teraz do nich przywykłyśmy, staramy się zbierać paragony i porównywać ceny w różnych sklepach, ale – oczywiście – wygrywa REMA 1000. Następnym etapem była dla nas Ikea. Wybrałyśmy się do Ikei Furuset, ponieważ była bliżej. Jeżdżą do niej bezpłatne autobusy, które odjeżdżają z Dronningens gate. Jako nietutejsze trochę błądziłyśmy zanim znalazłyśmy przystanek, ale ludzie bardzo chętnie pomagali nam po drodze i nami kierowali. Na przystanku stało już parę osób. Oczywiście, rozkład był po norwesku, a nie chcąc popełnić kolejnej gafy, po prostu zapytałyśmy panią obok co oznaczają dane słowa. Pani nam wyjaśniła to piękną angielszczyzną, podziękowałyśmy. Wraz z nią stały trzy dziewczyny. Jedna z nich, Julia,  uśmiechnęła się i zapytała „Where are you from?”. Muszę wspomnieć, po prostu muszę – to jest standardowe i najpierwsze (wiem, takie słowo nie istnieje) pytanie/zdanie jakie ktokolwiek tutaj do was powie. Któregoś razu zapytałam znajomego z piętra o to, a on stwierdził, że chyba najprościej tak zacząć rozmowę. Teraz złapałam się na tym, że i ja zaczynam kontakt od tego pytania i rzeczywiście, wiele ułatwia. Ale wróćmy na przystanek.
Rozmowa zaczęła toczyć się swoim torem, dziewczyny i pani były z Kanady. O, z Kanady, to na pewno długo leciałyście. Jesteście tu na wymianę? My tak samo. A gdzie studiujecie? Na HiOA? Niemożliwe, my też! A co konkretnie? Hmmm… coś z dziennikarstwem, z mediami. Zaraz, zaraz… my też… Miałyście zajęcia dziś? 12:30 – 15:30? Mój Boże! Chodzimy razem na zajęcia?! Niemożliwe!
Okazało się, że tak, to jednak możliwe i w rzeczy samej – tak właśnie było. Mamy dosyć dużą grupę, że nawzajem się przeoczyłyśmy. Do tych informacji doszła również ta, że jedna z dziewczyn – Meredith, mieszka razem z nami w tym samym budynku na St.Hanshaugen, tyle, że na ósmym piętrze 🙂 Samoistnie wyszło więc na to, że trzymamy się od tamtej pory razem, my, Meredith, Julia oraz koleżanka z Chile, Romina.
Jeśli chodzi o znajomych z piętra to poznałyśmy już parę osób. Pierwszą z nich był nasz dobry kolega Thijs z Amsterdamu. Poznaliśmy się pierwszego dnia na klatce schodowej i… tak już zostało. Wczoraj wybraliśmy się na wspólną wycieczkę po Oslo, a raczej jego kawałku, w sumie to tam, gdzie nas nogi poniosły.

Ratusz Miejski, nazywany najbrzydszym ratuszem świata 😉

Wycieczka do Twierdzy Akershus. Od lewej: Thijs, Asia i ja

Na wieży w twierdzy

Twierdza Akershus, ciąg dalszy

widok z twierdzy na port i Holmenkollen (w tle)

twierdza, ciąg dalszy

Tipi na statku. Kto bogatemu zabroni 🙂

twierdza, ciąg dalszy

Opera Oslo

Thijs i Asia 

ja i Asia

W czwartek natomiast całą naszą piątką w składzie: ja, Asia, Julia, Meredith i Romina, poszłyśmy na prywatne spotkanie integracyjne naszej dwu-przedmiotowej grupy. Spotkanie odbywało się na Aker Brygge w barze „Il Barbera”. Starym zwyczajem zdążyłyśmy się zgubić po raz kolejny w tym mieście, choć nie mam pojęcia do dziś jak to się stało, ponieważ po wyjściu z autobusu na krańcówce powinnyśmy przejść na drugą stronę ulicy i właściwie znaleźć się w barze. Tak się jednak nie stało, a my zawędrowałyśmy w jakieś fabryczne tereny i wędrowałybyśmy dalej, gdyby nie miły pan, którego spotkałyśmy po drodze. Dotarłyśmy po czasie, ale cała ekipa wciąż siedziała. Rozsiadłyśmy się, przedstawiłyśmy i poszłyśmy zamówić piwo. Ze studencką obniżką kosztowało 41 NOK, ale według naszych nowych znajomych to jeden z bardzo niewielu lokali, które oferują tak tani (taaak, bardzo „tani”) alkohol. Lody zostały przełamane i rozmowa potoczyła się już gładko. Ze spotkania najbardziej zapamiętałam opowiadanie nam przez kolegę Norwega baśni, legend i mitów norweskich oraz zabawną sytuację z piwami. Otóż, kolega siedzący obok mnie, Petter, wstał i oznajmił, że idzie po kolejne piwo. No, w porządku, poszedł, rozmowa toczyła się dalej, dużo śmiechu, gier słownych i tym podobnych. Wraca Petter. Niesie ze sobą dodatkowe trzy piwa. Czyżby oszalał? Podchodzi do stołu i roześmiany stawia piwa oznajmiając: „Jakiś Duńczyk jest tak pijany, że pomachał mi przed nosem pieniędzmi i postawił te trzy piwa. Czy ktoś chce darmowe piwo?!”, po czym postawił jedno przede mną. Następnym toastem, jaki wznieśliśmy był: „Za Duńczyków!”. Przy okazji nauczyłam się wznosić toast po norwesku, a resztę nauczyłam wznosić po polsku 🙂

Wczoraj miałyśmy prawdziwy „lazy day”, zostałyśmy w domu, pierwszy raz od naszego przyjazdu tutaj padał śnieg. Tak to wygląda z mojego okna:

 ale już dziś wybrałyśmy się na małą wycieczkę. W naszej okolicy jest najstarszy kościół w Oslo – Gamle Aker Kirke. Został zbudowany w 1100 roku, a odrestaurowany w 1814. Wyszłyśmy specjalnie tak, aby nie zastał nas zmrok, który zapada tutaj ok. 15/15:30, ale niestety, nie udało nam się. Cała nasza dzisiejsza wyprawa była trochę straszna, zważywszy na to, że zaczęła się od nieoczekiwanego spaceru po naszym ulubionym cmentarzu. Nie, wcale nie było jak u Hitchcock’a.

cmentarz przy Akersbakken (Vår Frelsers gravlund)

Gamle Aker Kirke

Gamle Aker Kirke

Gamle Aker Kirke (tył, od strony cmentarza przykościelnego)

Mieszkańcy

Wychodząc dziś napisałam na samochodzie taki oto napis, a wracając pod spodem widniał niecenzuralny wyraz w języku polskim 😉 Najwyraźniej osiągnął już status „world-wide”, ponieważ o ile wiem, w okolicy nie mieszkają Polacy 😀

Wracając z naszej wycieczki bardzo ucieszone jej przebiegiem odkryłyśmy stojąc przed drzwiami na klatkę schodową, że nie schowałam do portfela karty magnetycznej. Na szczęście nie czekałyśmy długo, jakaś para właśnie wychodziła i otworzyła nam drzwi. Gorszy problem pojawił się później, gdy przypomniałyśmy sobie, że na nasze piętro bez karty nie wejdziemy. Pojechałyśmy windą na „12” i próbowałyśmy zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Na naszej klatce czułyśmy się jednak jak w akwarium (ponieważ jest oszklona), a nikt nas nie słyszał. Nagle winda zaczęła jechać w górę – w naszą stronę i pomyślałyśmy, że oto jest światełko nadziei w tunelu! Winda natomiast podjechała na „13”, a my jak opętane rzuciłyśmy się do drzwi, podjechałyśmy jedno piętro wyżej, wierząc, że uda nam się złapać tego kogoś, zjedzie z nami i otworzy nasze drzwi. Niestety, tak się nie stało. Zrezygnowane wróciłyśmy na nasze piętro i doszłyśmy do wniosku, że dopiero nasz znajomy z Nepalu/Indii (pochodzi z Nepalu, ale mieszka w Indiach i mówi, że własnie stamtąd jest), Durga, może nam otworzyć te drzwi na korytarz, ale on wraca z pracy o 1 w nocy… Nieciekawa opcja. Zaczęłyśmy pukać coraz mocniej w szyby, aż wreszcie nasz kumpel, Thijs, wyszedł z pokoju wielce zadziwiony i otworzył nam drzwi. Śmiechowi nie było końca!
Dziś również wraz z Thijs’em odkryliśmy drzwi ewakuacyjne z naszych korytarzy, prowadzące na balkon i przeżyłam pierwszą w tym roku wojnę na śnieżki 🙂

W tej chwili wybieramy się na koncert do pobliskiego lokalu, Blå 🙂 Jak widać, atrakcjom nie ma końca, ciągle coś się dzieje i… właśnie to lubię 🙂
Jeśli kiedykolwiek, więc miałabym się zastanawiać, czy Oslo jest dla mnie… odpowiedź mam tuż za oknem:

🙂

Aśka.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Perypetii ciąg dalszy… | +PHOTOS

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s