Pasek od spodni, kisiel i równouprawnienie

Jest druga w nocy, siedzę z laptopem na kolanach na łóżku, spoglądam przez okno i widzę coś, co zapiera mi dech w piersiach za każdym razem, kiedy to robię- Oslo widziane z dwunastego piętra! Do tej pory nie udało mi się zrobić zdjęcia, które choć trochę oddawałoby ten widok. Jestem szczęśliwa, że tu jestem, a dwa dni temu chciałam, żeby deportowali mnie do Polski. Ale po kolei! Wyleciałyśmy(ja i Aśka, bo Ada, jak zapewne pamiętacie wybrała Voldę) z Polski piętnaście minut po dziewiątej.

W niecałe dwie godziny dostałyśmy się do Norwegii. Wylądowałyśmy na lotnisku Oslo-Rygge. Byłyśmy zachwycone, pomimo paskudnej pogody uśmiech nie znikał z naszych twarzy. Odebrałyśmy nasze bagaże. Każda z nas miała ze sobą dwie walizki- jedną ważącą dwadzieścia kilogramów i drugą piętnaście. Dodatkowo dziesięć kilogramów bagażu podręcznego i mała torebka przełożona przez ramię. Złapałyśmy busa, który nazywa się pks Oslo i jest polskim przewoźnikiem. Kierowca podrzucił nas do miejsca w którym miałyśmy odebrać klucze do naszego akademika. Niestety nie mógł podjechać pod sam budynek centrum SiO dla  studentów międzynarodowych i musiałyśmy do niego  dojść same. Zaczęła się zabawa. Osobiście nie miałam żadnego problemu z ciągnięciem trzech walizek na kółkach, ponieważ dwie z nich miałam spięte specjalną gumą. Jednak Aśka nie miała tyle szczęścia i zmuszona była transportować swój bagaż na raty. Uciągnąwszy kawałek dwie walizki musiała wracać po ostatnią i tak w kółko.

W końcu dotarłyśmy na miejsce, chociaż dystans naprawdę nie był, aż tak duży w porównaniu z dalszymi etapami naszej drogi. W budynku organizacji SiO było jak w polskim urzędzie. Kolejka ludzi, a panie przy okienkach zajęte wszystkim, tylko nie obsługiwaniem petentów. Po jakimś czasie dostałyśmy swoje klucze. Spytałyśmy, w jaki sposób możemy się do niego dostać. Okazało się, że przystanek metra i tramwaju jest dosyć daleko. Wpadłyśmy na pomysł, żeby zamówić taksówkę. Pani z centrum podała nam numer, ale zaznaczyła, że za dojazd do akademika będziemy musiały zapłacić ponad 600 koron norweskich, czyli w przeliczeniu na nasze 300 zł. Stwierdziłyśmy, że szkoda pieniędzy i postanowiłyśmy dojechać na miejsce komunikacją miejską. Aśka wyjęła z torby pasek do spodni i spięła dwie walizki razem, co teoretycznie miało ułatwić jej ciągniecie ich.  Dalsza część naszej wyprawy była prawdziwą batalią, którą musiałyśmy stoczyć z nierównymi chodnikami, wzniesieniami terenu i nieuprzejmymi ludźmi. Kupiłyśmy bilety (30 NOK bilet godzinny). Wsiadłyśmy do metra (tzw, T-banen, które metrem jest tylko z nazwy, bo większość stacji znajduje się na powierzchni). Następnie przesiadłyśmy się w tramwaj. Wysiadłyśmy na szóstym przystanku, na ulicy Pilestredet. Pytałyśmy ludzi o drogę, ale nikt nie potrafił wskazać nam w którą stroną mamy iść, żeby dotrzeć do akademika. Zrezygnowana włączyłam nawigację. Rozpoczęłyśmy pochód z walizami, ale po kilku minutach zorientowałyśmy się, że prawdopodobnie idziemy w złym kierunku. Pogoda znacznie się pogorszyła, zaczął padać deszcz. Dodatkowym utrudnieniem były nierówne, choć wylane betonem chodniki. Musiałyśmy przenosić nasze bagaże nad dziurami, tak, żeby nie urwać kółek od naszych walizek. Byłyśmy już bardzo głodne i nie miałyśmy na sobie suchej nitki, a poziom naszej frustracji sięgnął zenitu. Postanowiłyśmy zamówić taksówkę. Proste, ale telefon odebrała kobieta, która mówiła z okropnym, chińskim akcentem, więc żadna z nas nie potrafiła się z nią dogadać. Przy trzecim podejściu Aśka stwierdziła, że nasze zamówienie zostało przyjęte. Stałyśmy w widocznym miejscu, zresztą trudno nie zauważyć sześciu ogromnych walizek. Czekałyśmy ponad pół godziny. Nie wiedziałyśmy, co mamy zrobić. Zmoknięte, stałyśmy na rogu ulicy i dygotałyśmy z zimna. Osobiście byłam tak zrezygnowana i wściekła, że brakowało kilku minut, a zadzwoniłabym ze skargą do Ambasady, na policję, gdziekolwiek!Ostatecznie postanowiłyśmy wejść do najbliższego sklepu i zwrócić się do kogoś o pomoc. Wcisnęłam sprzedawczyni telefon do ręki. „I need your help” powiedziałam i poprosiłam, żeby zadzwoniła w moim imieniu do centrali Taxi Oslo i dowiedziała się, kiedy możemy spodziewać się taksówki. Okazało się, że kobieta, która odebrała telefon zapisała zły adres pomimo, że został on jej powtórzony trzy razy. Podziękowałyśmy właścicielce sklepu i wyszłyśmy na zewnątrz. Taksówka przyjechała dosłownie za kilka sekund. Kierowca pomógł nam zapakować bagaże. Za ponad dziesięciominutową podróż taksówką zapłaciłyśmy 127 NOK. Cena nie grała dla nas żadnej roli. W końcu dostałyśmy się do akademika! Po okołu pięciu godzinach krążenia po całym Oslo mogłyśmy coś zjeść i odpocząć. Byłyśmy tak wykończone, że nie miałyśmy siły, żeby jechać na zakupy, a w naszych pokojach nie było pościeli. Zjadłyśmy szybką kolację, zadzwoniłyśmy do bliskich, żeby poinformować ich, że jesteśmy całe i zdrowe, i poszłyśmy spać. Oczywiście, przygotowałyśmy sobie prowizoryczne posłania składające się naszych swetrów, szlafroków i kurtek. O ile w pokoju Aśki temperatura była całkiem znośna, tak w moim nie wynosiła więcej niż szesnaście stopni. Jednak byłam chyba zbyt zmęczona, żeby o tym myśleć i szybko zasnęłam, Pierwszy dzień był naprawdę straszny. Niestety drugi też nie należał do najprzyjemniejszych. Obudziłyśmy się dosyć późno. Poszłyśmy do kuchni, gdyż zamierzałyśmy zrobić sobie coś do jedzenia. Niestety miałyśmy tylko płatki owsiane i karton półlitrowego mleka, które przywiozłam z Polski. Wyjęłam swój nowiutki, kupiony specjalnie na wyjazd garnek, wlałam mleko, postawiłam na kuchni. Stało tak kilka minut, po czym okazało się, że kuchnia nie działa. Niestety nie miałyśmy już czasu na zrobienie zakupów, dlatego byłyśmy zmuszone zjeść na śniadanie… kisiel- słodką chwilę! Teraz najchętniej uściskałabym swoją mamę, za to, że włożyła mi do walizki tego typu przekąski. Opróżniłyśmy zawartość naszych kubków i ruszyłyśmy na uczelnie. Drogi oczywiście nie znałyśmy, ale jak to mówią: „koniec języka za przewodnika”. Ufff! Dotarłyśmy. Pewnie nawet byłybyśmy na czas, gdyby nie to, że nie mogłyśmy otworzyć drzwi, ponieważ nie miałyśmy karty studenta. Co za pech. Na szczęście spotkałyśmy kilka osób(na uniwersytecie na którym obecnie studiujemy czytnik na karty jest zainstalowany przed niemal każdym wejściem do poszczególnych korytarzy i sal), które pomogły nam dostać się do sali, w której odbywały się nasze zajęcia. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak trudno było wytrwać do szesnastej na jednym kisielku. Modliłam się o to, żeby nikt nie usłyszał, że burczy mi w brzuchu. Po zajęciach zapoznałyśmy się z kilkoma osobami z naszego kursu. Wszystko zaczęło przybierać inne barwy. Wróciłyśmy do akademika, zjadłyśmy obiad i ruszyłyśmy na zakupy do Ikei. Nigdy nie przepuszczałam, że kiedyś będę się cieszyć z kompletu najtańszej w całym markecie pościeli! A jednak! Można powiedzieć, że prawie się tutaj urządziłyśmy i teraz możemy wyruszyć na podbój Oslo. Myślę, że największym szokiem było dla mnie szeroko pojęte równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Wysiadając z tramwaju byłyśmy zmuszone przedzierać się przez tłumy pasażerów, a nikt nie raczył się nawet przesunąć. Tylko jeden chłopak pomógł Aśce wnieść jej walizkę do metra. W Polsce normalną sprawą jest to, że pomaga się każdemu, kto tej pomocy potrzebuje. W Norwegii jeśli samemu się nie poprosisz kogoś o pomoc, nikt Ci jej nie udzieli. Lecz jeśli już o nią poprosisz, uzyskasz nie tylko ją, ale i wiele, wiele więcej. Podobnie jest z innymi zwyczajami. W Norwegii nie obowiązuje zasada prewencji(jeśli chodzi o płeć), dlatego żadna Polka nie powinna być zdziwiona, kiedy wychodząc albo wchodząc do budynku nie zostanie przepuszczona w drzwiach.
Sprawiają wrażenie zimnych i niedostępnych, ale kiedy wchodzisz z nimi w bezpośrednią relację, okazują się jedynymi z najmilszych ludzi, o czym przekonałyśmy się dzisiaj na prywatnym spotkaniu integracyjnym z naszą grupą, a więcej o tym napisze Aśka 🙂

Jeśli macie jakieś pytania, nie krępujcie się 🙂

Asia.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Pasek od spodni, kisiel i równouprawnienie

  1. Pingback: Spowiadam się Wam | Obywatelki Świata

  2. Pingback: Oslo’s essentials (1/2): clothes | Obywatelki Świata

  3. Na szczęście walizki nie ucierpiały. Myślę, że gdybyśmy od razu zamówiły taxi straciłybyśmy pół naszego stypendium, dlatego podjęłyśmy taką, a nie inną decyzję.
    Pozdrawiam 🙂

    Asia

    Polubienie

  4. Ha ha. Czyli z tego wynika ze lepiej brac taxi od razu.
    Z chodnikami czasami tak jest ze sa nie rowne, ale mam nadzieje ze walizki nie ucierpialy.
    Wiem jak sie czlowiek czuje jak dzwonis a tam COS cie nie rozumie!! Masz ochote krzyknac- ucz sie obcych jezykow!!! 🙂
    Pozdrawiam

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s