Klaus, rozmowy pod chmurką i brak asertywności, czyli ja jadę na Erasmusa

Jedna Asia miała marzenie, druga Asia chciała uciec i poznać nieznane, a ja…? Ja chciałam zostać tam, gdzie jestem, bo jest mi tutaj dobrze. Tak przynajmniej myślałam, zanim pojawił się Klaus i jego opowieść o idyllicznej Voldzie gdzieś nad fiordem w mroźnej lecz pięknej Norwegii.  Ale po kolei. (Tak na wstępie chcę was zapewnić, że wiemy, że te pierwsze posty są przydługie i przynudne. No ale trudno czytelniku – bez tego się nie obejdzie).
Jak co tydzień, w czwartek o 11 zaczynaliśmy retorykę dziennikarską. Ja zawsze na niej byłam, bo obecność była wymagana (o ironio)! Tego pamiętnego czwartku, drugiego semestru, bardzo nie mogłam się przemóc, by wyjść z domu. Uczelnia tak daleko, książka taka ciekawa, że aż nie wypada opuszczać łóżka. Ale moralny autorytet Pani Profesor wygrał i uzbrojona w pracę domową z hiszpańskiego i listę stu słówek na najbliższą kartkówkę pojawiłam się na wykładzie. Tutaj – niespodzianka. Pani Profesor przemieniła się w dobrze wyglądającego faceta, w średnim wieku. Na pierwszy rzut oka – obcokrajowiec. Na potrzeby bloga nazwijmy go Klaus (pewnie będzie się jeszcze wiele razy przewijał w moich relacjach norweskich). Klaus rozpoczął prezentację, rzecz jasna po angielsku (a władał nim, jak możecie przypuszczać, bardzo dobrze), a ja skupiłam się na moich superważnych zajęciach. I oczywiście, krach, po 5 minutach moja uwaga skupiła się na nim. Zaciekawił mnie. Ze swoim MacBookiem i „ruszającą się (czyt. interaktywną)” prezentacją był bardzo atrakcyjnym urozmaiceniem, jak by tu powiedzieć, tradycyjnych metod nauczania Pani Profesor. Wciągnęłam się tak bardzo, że nawet wdałam się z Klausem w dyskusję na temat użyteczności designerskiej wyciskarki do cytryn (tej wyglądającej jak pająk). Po wykładzie nie mogłam się powstrzymać i zagadnęłam go o wakacyjne kursy na jego uniwersytecie – Volda University College. Kursów nie prowadzą, ale za to dostałam jego wizytówkę i propozycję spotkania na kawę. I tak wylądowałam późnym popołudniem na Offie (czyt.Off Piotrkowska, czyli popularne, aż zbyt popularne, miejsce spotkać łodzian). Siedzieliśmy na dworze, pod chmurką. On sączył piwo, jak popijałam zieloną herbatkę (tak, zachowałam umiar). Ot, taka sobie normalność z moim przyszłym profesorem. Piwo bardzo mu smakowało. Wcale się nie dziwię, skoro w Norwegii jest trudno dostępne i drogie jak zboże. Pijemy i plotkujemy cztery pełne godziny. O życiu, o uczelni, o jego rodzinie, o stereotypach, o problemach damsko-męskich, o naszych wspólnych korzeniach. 
On mówi „Wpadnij do Voldy w autumn semester”. 
Ja na to: „Nie mogę, bo mam już plany na summer holidays” (btw. tam studia zaczynają się już w połowie sierpnia). 
On „To może na spring”. 
Ja „Nie ma sprawy. Kupuję bilet”. 
No i widzicie, tak też się stało. Ale spokojnie – nie będzie to historia miłosna. Klaus ma żonę i trójkę dzieci. Choć nie mogę skłamać, początkowo byłam pod jego wrażeniem. Taki easy-breezy. Dobra gadka, ciekawy człowiek. Ale ten mój brak asertywności kiedyś mnie wpędzi w poważne kłopoty. Spokojnie, tak naprawdę, wszystko dobrze przemyślałam, zanim zdecydowałam się porzucić moje stateczne, uporządkowane życie tutaj. Program uczelni i możliwości były fundamentem mojej decyzji. Zajęcia praktyczne, fotografia, design, grafika. Wszystko to na jednej uczelni. W Polsce wymagałoby to studiowania na kilku odrębnych kierunkach. A w Voldzie, bach i mam wszystko pod jednym dachem – wystarczy że otworzę różne drzwi do różnych pracowni. (O mojej pasji do tworzenia i kreatywnego myślenia w innym poście).
Jednak często myślę, że popełniam głupotę życia. Zostawiam tutaj swoje niezależne (och, jak kocham to słowo), cudownie zorganizowane życie. Ze swoim samochodzikiem, którym wszystko załatwiam i kursami językowymi, które sprawiają, że unoszę się nad ziemią. A co mnie tam czeka bez mojego samochodu i języków? Hmmm… Pewnie jeszcze więcej języków i ciekawych, nowych ludzi. Czy zrekompensują domowe braki? Mam taką nadzieję. W końcu miałam nigdzie nie wyjeżdżać, bo lubię Polskę i z nią wiążę swoją przyszłość. Ale też nigdy by mi nie przeszło przez myśl, że będę się uzewnętrzniała na blogu (dzięki Aśka i Asia). Widać, na wszystko przychodzi czas. I tego się trzymajmy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s