A zaczęło się tak w jeden dzień

W poprzednim poście Aśka napisała, że wyjazd do Norwegii jest jej marzeniem. Przez kilka lat śniła o tym, żeby tam być. Zaczęła się uczyć języka, zainteresowała kulturą i historią tego kraju, przeczytała tysiące książek norweskich autorów. Całkowicie „zbzikowała” na tym punkcie. A ja? Do tej pory staram się uświadomić sobie, że na pół roku opuszczam Polskę i miejsce do którego lecę nie ma żadnego znaczenia, bo jest ono „moją ucieczką”. Tak, Norwegia jest moją ucieczką. Wszystko zaczęło się w jeden dzień, w jeden dzień podjęłam decyzję, że zostawiam wszystko i jeszcze wtedy bliską mojemu sercu osobę i wyjeżdżam. Moja historia jest trochę bardziej złożona. Wiem, że bez dłuższego wyjaśnienia ciężko będzie Wam zrozumieć mój tok myślenia. Pewnie każdy miał w swoim życiu taki moment, kiedy pomyślał sobie, że może wszystko, nawet „góry przenosić”. Moim marzeniem było zagrać w filmie o tematyce historycznej. Pewnego dnia dostałam informację o castingu do polsko-brytyjskiej produkcji „The Passing Bells”. Szukali dziewczyn o naturalnym wyglądzie, niefarbowanych, niewystrzyżonych w irokezy i nieoszpeconych tatuażami. Pomyślałam sobie co mi szkodzi, spróbuję. Na casting przyszło chyba z pół tysiąca dziewczyn. Wróciłam z niego trochę zrezygnowana. Pierwsza fala entuzjazmu opadła. Minął tydzień, nie dostałam żadnej odpowiedzi. Wybrałyśmy się naszą czwórką(wówczas do Norwegii miała lecieć z nami nasza koleżanka- Ania, która z powodu przyczyn osobistych musiała zrezygnować), do kina na „Powstanie Warszawskie”. Podczas projekcji zadzwonił telefon, odrzuciłam połączenie i wbiłam oczy w szklany ekran. Dostałam smsa: „Mamy dla Pani dobrą wiadomość,została Pani wybrana przez reżysera, zagra Pani w dwóch głównych scenach” Przeszły mnie dreszcze. Wybiegłam z sali na korytarz, oddzwoniłam do Pana Adriana z ATV Film i dowiedziałam się, że następnego dnia mam pierwsze przymiarki. Wtedy już wiedziałam, że to dzieje się naprawdę. Nie potrafię opisać mojej radości i uczucia szczęścia, jakie mnie wypełniało. Miałam pojawić się na planie filmowym w piątek około godziny jedenastej, więc musiałam zwolnić się wcześniej z zajęć. Po warsztatach prasowych pojechałam na Księży Młyn. I zaczęło się- przebieranie, czesanie, charakteryzacja. Zawarłam tam wiele nowych znajomości. Wszyscy, których poznałam mieli już doświadczenie w statystowaniu, a ja byłam całkowicie zielona w tym temacie. Jednak szybko się rozkręciłam, nie zniechęciło mnie kilkukrotne powtarzanie tej samej sceny. Co więcej, mimo tego, że był to mój debiut nie czułam się zestresowana. W końcu poczułam, że wreszcie jestem we właściwym miejscu i czasie. Chociaż byłam na planie ponad trzynaście godzin nie czułam zmęczenia. Na następny plan zdjęciowy niestety już nie dojechałam. Miałam wypadek samochodowy, drugi w moim młodym życiu. Cholerne deja vu pomyślałam. Znowu to samo, auto całkowicie skasowane, karetka na sygnale, szpital. „Dlaczego ja?” pomyślałam, choć chyba powiedziałam to głośno, bo ratownik medyczny jakoś dziwnie się na mnie spojrzał. Normalnie zapomniałam, jak się nazywam, gdzie byłam. Z perspektywy czasu wiem, że utrata przytomności była moim małym wybawieniem. Dużo gorzej poczułam się, kiedy dotarło do mnie, co się stało i że ten wypadek pogrzebał moje marzenie. Chciałam wyjść na własne żądanie, ale uraz kręgosłupa i wstrząs mózgu całkowicie mnie unieruchomiły. Poza tym ciężko wyobrazić sobie kilkunastogodzinny pobyt na planie w kołnierzu ortopedycznym. Rodzice mówili mi, że powinnam dziękować Bogu, za to, że żyje. Nie myślałam o tym, że rzeczywiście mogłam zginąć. Wydaje mi się, że ludzie w naszym wieku są nieco bardziej przekorni niż starsi. Zupełnie jak w piosence „Ta nasza młodość”:

„Ta nasza młodość z kości i krwi. Ta nasza młodość co z czasu kpi. Co nie ustoi w miejscu zbyt długo”

Po wypadku długo byłam na zwolnieniu. Potrzebowałam bliskości, ale nie mogłam jej doświadczyć. Poczułam się samotna i opuszczona, ale wiedziałam, że muszę stanąć na nogi, choćby ze względu na zbliżającą się sesję. Ktoś kto doznał kiedyś podobnych do moich obrażeń wie, jak wygląda nauka w takim stanie. Dałam jakoś radę, sesję zaliczyłam. Bardzo dużo pomogły mi dziewczyny, które przygotowały same nasz wspólny projekt na zaliczenie i wspierały mnie w tych trudnych dla mnie chwilach. Niedługo po wypadku rozpoczęła się rekrutacja na Erasmusa. Anka z Adą były na spotkaniu z jednym z profesorów z Volda University College. Zafascynowane jego opowieściami długo się nie zastanawiały i postanowiły złożyć papiery. Wiedziałam, że Aśka bardzo chce jechać i postanowiłam, że polecimy razem. W końcu razem raźniej. Decyzję podjęłam w jeden dzień, nie konsultując tego z rodziną. Nie myślałam długo, nie wypisywałam na kartce plusów i minusów. Działałam instynktownie. Moje doświadczenia utwierdziły mnie w przekonaniu, że mogę wszystko i zniosę wszystko, nawet mrozy Norwegii. Niewykluczone, że chciałam sobie coś udowodnić. Lubię stawiać siebie w różnych sytuacjach i sprawdzać, czy dam radę. Tak było z moją działalnością w lokalnej gazecie, kursem niemieckiego, udziałem w castingu. Im więcej działam, tym większą czuję satysfakcję i zadowolenie. Jeśli chodzi o gazetę, to wytrwałam i piszę nadal(archiwalne wydania biuletynu możecie przeczytać na stronie: http://aleksandrow-lodzki.pl/epublikacje.html), z kursem niemieckiego było nieco gorzej, bo po wypadku odpuściłam sobie zajęcia ze względu na mój stan zdrowia. Nie ustaję w poszukiwaniach swojego sacrum. Ostatnio zaangażowałam się w działalność w studenckim radiu Uniwersytetu Łódzkiego, działam jako reporter nagrywając dźwięki na audycję „Uniwersytet Łódzki na Fali”. Zawsze starałam się czerpać doświadczenie ze wszystkiego, co robię. Wielu rzeczy spróbowałam, trenowałam: pływanie, taniec solo-latino, judo, taniec towarzyski, uczestniczyłam w polsko-węgierskiej wymianie, śpiewałam w chórkach, brałam udział w konkursach recytatorskich, podróżowałam. Wyjazd do Norwegii jest kolejną próbą zmierzenia się ze swoimi słabościami i okazją do sprawdzenia samej siebie. Na początku mojego nieco przydługiego postu napisałam, że jest moją ucieczką. Dlaczego? Decyzję o wyjeździe podjęłam spontanicznie pod wpływem emocji. Chce Was przekonać do tego, że nie warto się na coś nastawiać, bo jak się okazuje wszystko jest ulotne. Jeśli masz okazję coś zobaczyć, gdzieś pojechać nie zastanawiaj się długo. Życie jest zbyt kruche.

Asia

Advertisements

3 uwagi do wpisu “A zaczęło się tak w jeden dzień

  1. Pingback: Spowiadam się Wam | Obywatelki Świata

  2. KAT
    Większość z nas unika „wybiegania przed szereg”. Myślę, że zdolność podejmowania odważnych decyzji zaszczepili we mnie rodzice, za co jestem im ogromnie wdzięczna. Zawsze zachęcali mnie do patrzenia na życie z szerszej perspektywy, do podejmowania się zadań, które na pierwszy rzut oka wydawały się niemożliwe do zrealizowania. Muszę przyznać, że kiedy pisałam tego posta czułam się trochę rozgoryczona. Potraktowałam ten wyjazd jako swoją ucieczkę. Staram się czerpać z tej wymiany, to co najlepsze. Uczę się języków, poznaję nowych ludzi, wsiąkam w nowe otoczenie ! Czuję, że to jest mój czas 🙂

    Lubię to

  3. Hej, nie kazdy ma tyle odwagi co ty, aby brac z zycia co tylko sie da.
    Wiem co czulas piszac o uciecce – zmianie, sama to zrobilam i nie zaluje.
    Takie decyzje rania najblizszych, ale z czasem jakos sie zabliznia.
    Zyj dziewczyno, zyj!!! Baw sie, podrozuj!
    Ja to robie i nie zaluje
    Pa pa
    A i pisz , pisz , pisz xx

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s